Repertorium

Postacie

Dane podstawowe

Karv

Użytkownik
Karv
Imię
Karv
Przydomek
Węglik
Rasa
pół-elf
Wiek
54
Profesja
Bard
{L_CHAR_AVATAR}

Wygląd zewnętrzny

- Czarne, średniej długości włosy. Grzywka czasem zasłania lekko jedno oko, jednak na ogół jest odgarnięta jeszcze bardziej na bok, aby Karv miał z obu stron dobrą widoczność. Z tyłu dość długa kitka.. Wystarczająco długie, żeby były rozczochrane.
- Równie czarne jak włosy, oczy. To owym oczom Karv zawdzięcza swój przydomek.
Wysoki. Tak ze 185cm na oko.
- Średnia postura. Żadne chuchro, aczkolwiek do kulturysty też mu daleko.
- Ciągnący się od prawego nadgarstka, do prawego ramienia tatuaż. W kształcie smoka, owijającego się wokół ręki. Skąd on i co oznacza – jeśli będzie w dobrym humorze, być może los się do ciebie uśmiechnie i się dowiesz.
- Ubiera się nieco innowacyjne. Zamiast kolczug, zbroi, płaszczy, woli czarne koszule, które sam pozbawia rękawów. Ponadto preferuje wygodne, skórzane spodnie. Ot tak, ma swój styl.

Dane szczegółowe

Usposobienie

- Gdyby ktoś mnie zapytał jaki jestem... - mężczyzna podrapał się po czerepie, krzywiąc się przy tym lekko – Do diaska, wy mnie właśnie o to pytacie. Chyba będę potrzebował dłuższej chwili na zastanowienie, zanim wam o tym opowiem. Macie czas? Wspaniale, hum... - przybrał mądrą minę i począł drapać się ręką po brodzie, aby jeszcze bardziej upodobnić się do mędrca. Brakowało tylko długich, siwych włosów i szpiczastej tiary na głowie. No cóż, nie można mieć wszystkiego – Niech to, nie wiem, jaki jestem. Będę z wami całkowicie szczery – lubię być zauważany. Nie, nie. Nie muszę być w centrum uwagi, co oczywiście wcale mi nie wadzi, jednakże po prostu lubię czuć, że nie jestem popychadłem, powietrzem. Na moc posępnego czerepu! Proszę o łatwiejszy zestaw pytań... - strapił się nie na żarty.

Gdyby pytanie o cechy Karva było skierowane do kogoś innego, niż do niego samego, jedną z pierwszych, o ile nie pierwszą sprawą byłby hedonizm. Trudno znaleźć kogoś, komu bardziej zależałoby na poczuciu szczęścia i wyzbyciu się zmartwień. Sęk w tym, że Karv miał nieco inne poczucie, co jest zmartwieniem, a co nie. Bez chwili namysłu stawał w szranki z trzema dryblasami, czy zgłaszał się na ochotnika, kiedy poszukiwano mogącego powalić smoka męża. Skutki nie zawsze były takie, jakby to sobie poczciwiec zaplanował, jednak to już inna para kaloszy.
Co po drugie? Nie lubił znęcania się nad słabszymi. Typowy obrońca uciśnionych. Spróbuj tylko podnieść rękę na mniejszego, a możesz być pewien, że napotka ona zimną stal, dzierżoną przez nie kogo innego, jak jego – dzielnego Węglika, syna swej matki i swego ojca (masz ci los, wydało się, po kim miał komplet ludzkich genów).

- Aaa... wiecie jeszcze co panowie. Ale nikomu ani słowa, bo to taki mój sekret, rozumiemy się? - w konspiracyjnym geście pochylił głowę w kierunku dwóch, słuchających go mężczyzn. Nadstawili uszu, a on ... ryknął na cały zycher – I LUBIĘ PŁATAĆ FIGLE! - obaj słuchający go, złapali się za głowy i skrzywili miny. To nie był żart na poziomie, jednak Karvowi widok ich zdezorientowanych i nieco rozwścieczonych min sprawił niemałą radość. Półelf zaśmiał się w głos, na wszelki wypadek odskakując lekko w tył.

Co jeszcze o nim... lubił towarzystwo dam. A na pewno od niego nie stronił. No i piwo, je też lubił. A, i kochał przygody. I te łóżkowe, i te, w czasie których da się słyszeć zgrzyt stali i nabawić poważnego zapalenia gardła, tudzież posłużyć za ruchomy cel wytrawnym łucznikom.
Czasem się dołował. Taa, nawet taka pogodna istota, jaką niewątpliwie Karv był przez większość czasu, nie potrafiła uciec przed chandrą. Na ogół nie trwało to długo, wystarczył kufel piwa i przyjazna osoba po drugiej stronie stolika. Jednak, zdarzało się.

Półelf odwrócił się na pięcie rad, że przesłuchanie dobiegło końca. I tak nic o mnie nie wiecie, pomyślał, oddalając się od dwóch, wciąż lekko skrzywionych po jego okrzyku mężczyzn.

Pragnienia i obawy

- Chce stworzyć największą pieśń wszechczasów.
- Szuka inspiracji, chętnie pakując się w kłopoty.
- Boi się krytyki i niedocenienia.

Umiejętności

- Kiedyś biegle władał bronią białą. Dawno nie musiał z niej korzystać, toteż jego kunszt zmalał, jednak dalej wie, co do czego i jak, kiedy ma w dłoni rękojeść.
- Gitara i harmonijka ustna. Na tych instrumentach radzi sobie bardzo przyzwoicie.
- Głos, który sprawia, że aż chce się słuchać. Potrafi mówić bardzo przekonująco i zjednać sobie tych, którzy pierwotnie mają co do niego wrogie zamiary.
- Pakowanie się w tarapaty, tego wyjaśniać nie trzeba.

Ekwipunek

- Gitara
- Harmonijka ustna.
- Krótki miecz.
- Pogodny uśmiech.

Inne

Historia

Ran'an. Miasto, położone z dala od Calivan. Rosły mężczyzna zatrzymał się przed wielkimi, mosiężnymi drzwiami i zadarł lekko głowę, aby spojrzeć na samą ich górę. Po chwili spuścił wzrok, jakby coś oceniał. Widocznie wykalkulował, że w kontakcie fizycznym z jego ramieniem, drzwi mają znaczną przewagę, bo zrezygnowany pokręcił głową.
Dziś miała rodzić. A go nie chcieli wpuścić, do cholery. Tylko dlatego, że nie był elfem. To całe prawo, tych dziwaków ze szpiczastymi uszami, wydawało mu się co najmniej głupie. Jedynie ją znosił, matkę jego nienarodzonego... Niech to, a może już narodzonego? Zaklął szpetnie pod nosem; ta niewiedza, połączona z bezsilnością, go przytłaczała. Jak tylko Leafundytariana urodzi, wyniosą się stąd, na zawsze. Postanowione. Kropka.

***

Splamione krwią ostrze półtoraręcznego miecza przeszło przez prowizoryczny hełm Orka, jak przez masło. Twarda kość czołowa stawiała lekki opór, jednak po chwili i ona musiała ustąpić zdecydowanemu naciskowi żelaza. Krew, mózg, cała zawartość czaszki wypłynęła przez otwór, niczym rzeka ze źródła. Czarnowłosy, młody mężczyzna skrzywił się lekko na ten widok. Ilekroć zabijał, za każdym razem czuł, jak wczorajszy obiad podchodzi mu do gardła. Nie przyzwyczaił się i nie był pewien, czy kiedykolwiek się przyzwyczai. Po raz ostatni rzucił okiem na martwe, potężne ciało potwora i odwrócił się, w stronę skulonej pod drzewem kobiety.
Podziękował w duchu niebiosom. Gdyby nie to, że udało mu się podejść do bestii niezauważenie, niewątpliwie byłby teraz jedną ze stron w zaciętym pojedynku o przetrwanie. Nie był pewien, czy wyszedłby z tego żywy. Walka z poprzednimi dwoma Orkami była dla niego wystarczającym wysiłkiem. Z ulgą schował miecz do pochwy, pozwalając rękom odpocząć. Za wcześnie. Poczuł na karku ciepło, kiedy śmierdzący oddech czwartego stwora dotarł do jego nozdrzy. Bardziej intuicyjnie, niż przemyślanie, wykonał szybki krok w bok. W samą porę, aby pozwolić zielonkawym zwłokom, upaść z głuchym łupnięciem na zimną ziemię. Uśmiechnął się lekko, widząc w potylicy humanoidalnej kreatury strzałę, z czarnymi lotkami.
Teraz mógł w pełni skupić się na kobiecie. Zdążyła już wstać, a teraz była zajęta wygładzaniem, pogniecionej szaty. Łypnęła na niego spode łba, po raz ostatni poprawiła okrywającą ją, czarną suknię i spróbowała go wyminąć, nie uraczając więcej nawet spojrzeniem. Zatrzymał ją ramieniem, pomimo że uniesienie zmęczonej ręki kosztowało go więcej energii, niż początkowo zakładał.
- Przepraszam, że zatrzymuję, ale właśnie uratowałem ci życie. Może chociaż "dziękuję"? - miał niski, trochę zachrypnięty głos, który wydawał się być idealnym, dla jego aparycji. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarne włosy wyglądały na obcinane tępymi nożycami; przycięte nierówno, stały we wszystkie strony.
- Dziękuję - rzuciła krótko, aby po chwili wykonać zgrabny ruch, ostatecznie wymijając mężczyznę. Żachnął się, jednak szła dalej. Stał jak wryty. Niewdzięcznicy, pomyślał.
- Zawsze tak jest - po kilkunastu sekundach usłyszał za plecami, dobrze znany głos. Odwrócił się i spojrzał na niższego od niego, co najmniej pół głowy, mężczyznę. Za plecami miał łuk, a przy lewym biodrze przymocowany kołczan.
- Jak jest?
- No... ratujemy im zady, nadstawiamy karków, a potem nawet słowa podziękowania nie usłyszymy. Szczerze nienawidzę tej roboty. Odkąd kupcy podróżują innym szlakiem, a tędy przedzierają się tylko desperaci, albo tacy, o których lepiej za dużo nie wiedzieć, zawód Strażnika Rubieży strasznie stracił na znaczeniu. Handlarz zawsze jakoś podziękował, chociażby dziurawymi spodniami, czy zardzewiałym nożem. A teraz? Szkoda słów, banda zarozumialców - Azaron splunął na ziemię, tuż obok rozłupanej na dwoje, głowy Orka. - Chodź, Karv - rzucił, do kompana, po czym zawrócił i począł maszerować w stronę miasta. Łucznik miał rację, zawsze kończyło się tak samo.

***

Niespecjalnie podobała mu się zaistniała sytuacja. Z napiętym łukiem oraz krótkim mieczem przy pasie, stał na murze, okalającym miasto. Mieli strzelać bez rozkazu i to właśnie robił. Cięciwa świsnęła mu koło ucha, strzała pomknęła w dal. Zielony ork padł na – i tak splamioną już krwią – ziemię. Sięgnął po kolejną strzałę, ze zgrozą stwierdził, że jest to ostatnia, jaką dysponował. Nie spojrzał na innych łuczników, był pewien, że deficyt i ich niebawem dopadnie.
W tłumie szturmujących bramę potworów, Karv wypatrzył jednego, szczególnie dużego. Wycelował i wystrzelił. Ze zgrozą stwierdził, że chybił.

- Ewakuujcie kobiety, dzieci i starców tylną bramą! - ryknął przewodzący obroną mężczyzna. Trzeba mu przyznać, miał dar przekonywania. Grupka obrońców momentalnie odłączyła się od reszty i ruszyła przez miasto, nawołując do ucieczki. Karv nie załapał się w tym odłamie, stał jak słup, wpatrując się w majaczącą w oddali bramę. Bramę, która z każdą chwilą była bliższa załamaniu się, pod naporem hordy orków. W spoconej dłoni trzymał rękojeść swojego krótkiego miecza. Trzy, dwa, jeden. Brama padła.

Kowal cofnął rękę, wyjmując z ognia rozgrzany pręt. Spojrzał nań, a na jego twarzy malował się gniew.
- Niechże spróbują się tutaj wedrzeć! - ryknął, na co znajdujący się w kuźni mężczyźni popatrzyli po sobie, z lekkim przestrachem. To miejsce było ich ostatnim bastionem, wszyscy wiedzieli, że jeżeli zostanie zdobyte – miasto padnie.
Karv stał blisko drzwi, na tyle blisko, aby przez szparę w nich zobaczyć, iż orkowie nadchodzą. Poinformował o tym pozostałych, dwudziestu chłopa jak jeden mąż wytoczyło się na zewnątrz. Mały placyk przed kuźnią miał stać się teraz placem boju, ostatniego boju w historii tego miasta.

Od początku było jasne, że stoją na straconej pozycji. No, jakże inaczej miało być, kiedy przeciwko dwudziestu wyczerpanym mężczyznom, stawała przynajmniej setka zielonych potworów? Mimo wszystko, mieszkańcy ani myśleli oddać im miasto po dobroci. Utworzyli ciasny krąg, z którego ani na chwilę nie przestawały wydobywać się bojowe okrzyki. Teraz nie było odwrotu.
Karv nie do końca potrafił opisać, co się wydarzyło. Został pchnięty, przez kogoś stojącego obok niego. Odległość pomiędzy nim, a najbliższym orkiem zmniejszyła się diametralnie. Z braku lepszego pomysłu, ciął na odlew. Pozostawił na torsie przeciwnika krwawą pręgę, jednak to było na tyle, jeżeli o powodzenie tej akcji chodzi. Chwilę po tym poczuł przejmujący ból prawego obojczyka. Spojrzał w tym kierunku i ujrzał, wbity w jego kość, topór. Cud, że nie stracił ręki. Musiał jednak być stratny, jeżeli nie o rękę, to przynajmniej o przytomność. Osunął się w ciemność.

***

Starła pot z jego czoła. Szmata, wymoczona wcześniej w zimnej wodzie, posłużyła za okład. Trawiła go gorączka i mamrotał coś przez sen. Nie był w formie, jednak jej to nie dziwiło. Widziała, co tam się wydarzyło. Cud, że wyszedł z tego żyw. On jeden.
- Gdzie Azaron? - spostrzegła, że przygląda się jej. Nawet nie zauważyła, że odzyskał przytomność. Szybko, mimowolnie zerknęła ku sąsiedniemu łóżku; było zasłonięte prowizoryczną kotarą. Zauważył jej spojrzenie i domyślił się najgorszego. Jęknął, a może było to niewyraźne przekleństwo, po czym znów stracił przytomność.

Jak trafił do Calivan, tego ode mnie się nie dowiesz. Na tym kończy się moja wiedza o Karvie. Opowiedział mi tylko tyle, ile chciał, abym wiedział. Może kiedyś, jeśli będzie dane ci go spotkać, opowie ci więcej?


Nimnaros.
W karczmie, jak zwykle, było gwarno. Jak każdego wieczoru, wielu amatorów piwa zbierało się tutaj, aby ulżyć sobie po ciężkim dniu. Zdarzały się tutaj i osoby łakome plotek, nowinek, czy potwierdzonych przez wiarygodne źródła faktów. Przy jednym ze stolików, mniej więcej pośrodku przybytku, siedziała grupka osób niewątpliwie należących do obu grup jednocześnie. Blat był suto zastawiony, a szczegół, że jedynym czynnikiem ów blat zastawiającym były kufle, po brzegi wypełnione piwem, nie jest godzien uwagi.
Trzy kobiety i dwóch mężczyzn, bo takie właśnie towarzystwo okupowało wspomniany stolik, wbijały wzrok w uwijające się za barem młodzieńca. Jeden z mężczyzn, prawdopodobnie najstarszy z towarzystwa - sądząc po siwych włosach i nieco obwisłej skórze na twarzy, przekroczył już pięćdziesiątkę - mówił głośno:
- Podobno ma na imię Karv. Tak przynajmniej słyszałem od Felixa. Dziwię się mu, że go zatrudnił, przybył tutaj z daleka... - wspomniany Felix to nikt inny, jak właściciel karczmy, w której właśnie toczyła się rozmowa. - Właściwie, niewiele o nim wiadomo. Tylko tyle, ile sam raczył powiedzieć. Skąd mieć pewność, że nie łgał?
- Oj tam - jedna z kobiet, młoda, czarnowłosa, machnęła ręką, jakby odganiała muchę. - Ma przyjazną twarz, nie czepiaj się. A, Felix to chyba jeszcze mniej godzien zaufania, niż ktokolwiek inny. Skleroza zżera mu mózg. Ale no, mów co jeszcze ci o nim opowiedział! - uniosła kufel do ust, a wzrok na powrót wbiła w najstarszego w gronie.
- Mówił, że ten chłopak przybył tutaj zza gór. Aż dziw, że udało mu się przedrzeć, tyle legend krąży o mieszkających tam potworach! - zamilkł na chwilę, aby schłodzić gardło zimnym trunkiem. - Ale opowiem wam od początku. To mieszaniec. Matka jest elfką, ojciec to nasz.
- To dlatego taki przystojny... matka elfka - zaczęły rozczulać się kobiety, jednak starzec puścił ich jęki zachwytu mimo uszu i kontynuował:
- Chwilę po jego urodzeniu opuścili rodzinne miasto, jego ojcu coś tam nie pasowało. Nie zagłębiałem się w szczegóły, zresztą ... wątpię, żeby Felix je znał. Osiedlili się w Khar - widząc ich miny, uśmiechnął się krzywo. - Mnie też ta nazwa niewiele mówi. Podobno mieszkańcy tegoż miasta mieli jakieś zatargi z orkami. Nie wiem, nie pytałem dokładnie o co i jak, jednak sytuacja była napięta. Ten Karv, podobno służył w jakiejś tam ich straży. Wiecie, zabezpieczał obszary dookoła miasta, na wypadek, gdyby tym potworom zachciało się atakować. Ale sytuacja wymknęła się spod kontroli - zrobił znaczącą przerwę i jął wpatrywać się w twarze pozostałych, jakby delektując się wymalowanym na ich twarzach napięciem. - Oo, tak! Orkowie zechcieli pokazać, kto tu rządzi. I podobno pokazali. Zrobili im takie oblężenie, że niejeden wódz byłby pod wrażeniem. Wdarli się do miasta, zrobili co mieli zrobić... No, nie patrzcie tak głupkowato. Mam mówić dobitniej? Wyrżnęli wszystkich, w pień ich wycięli. Ale ten chłopak tego na szczęście nie widział. Przynajmniej, nie do końca. Został poważnie ranny i zemdlał, psiakrew.
Młodszy mężczyzna przeniósł wzrok na Karva, jakby szukając na jego ciele rozległych blizn. Nie znalazł, tę o której była mowa, skrywała czarna koszula. Sam półelf zajęty był teraz szorowaniem lady, od czasu do czasu unosił tylko głowę, omiatając wzrokiem klientów.
- I co? Jak udało mu się uniknąć śmierci? Przecież, mówiłeś że tam była jatka na sto dwa!
- Aaa... zaiste, była. Felix jednak nie wiedział, jak chłopak się stamtąd wyrwał. Myślę, że on sam nie wiedział, wszak był wtedy pozbawiony przytomności, nieprawdaż?
Z każdym kolejnym zdaniem kufle piwa stawały się coraz bardziej opróżnione, w końcu na stoliku nie pozostało już nic, czym możnaby zwilżyć usta. Starszy jegomość żachnął się krótko, po czym najwidoczniej przez chwilę ze sobą walczył, aby w końcu się przemóc i kontynuować opowieść, teraz już zupełnie na sucho.
- Jakaś czcigodna niewiasta się nim zajęła, opatrzyła... Ale, nie była w stanie do końca wyleczyć go z ran. A, nie wspomniałem wam. Tę paskudną ranę, to mu zadali w obojczyk. Przez jakiś czas kompletnie stracił władzę w prawej ręce, z czasem dopiero począł ją odzyskiwać. Szkoda go, podobno był praworęczny. Teraz już, co prawda, ręka jest stosunkowo sprawna, jednak miecz dalej musi dzierżyć w lewej.
- Oj tam, gadasz o takich głupotach, jak ręka w której trzyma miecz. Mów lepiej, co było dalej, kiedy już ominęła go śmierć i doszedł do siebie! - ponagliła go jedna z kobiet.
- Co było dalej? - ten głos nie należał do mówiącego dotychczas mężczyzny. Był to niski, stanowczy, ale jednocześnie niezmiernie przyjemny dla ucha ton. Wszyscy siedzący przy stoliku podskoczyli, jak oparzeni, kiedy dotarło do nich, kto przemówił. Karv sięgnął lewą ręką w bok i chwycił najbliższe krzesło. Obrócił je zręcznie, oparciem w kierunku stolika i usiadł nań okrakiem, brodę opierając na wspomnianym oparciu. - Co było dalej? - powtórzył. - Dała mi kobieta gitarę i harmonijkę i wysłała w drogę, powiedziała... hm, jak to było. Powiedziała: radź sobie, ja zrobiłam, co w mojej mocy.
Nie było pewności, czy jego słowa dotarły do zainteresowanych. Wybałuszali na niego oczy, na wpół przerażeni, na wpół zadziwieni. A niewątpliwie byli nieco speszeni, to dało się wyczuć nawet spod grubej warstwy alkoholu, jaka unosiła się wokół tego stolika.
- Poszedłem więc, zabierając to, co miałem zabrać. Przedarłem się przez góry, popałętałem się po lasach i traktach. I tak to, jestem tutaj. A teraz was opuszczę, bo ktoś mi przy ladzie stoi. Nie płacą mi za gaworzenie z klientami! - rzucił z uśmiechem. Wstał, jednak za nim odstawił krzesło na miejsce, rzucił jeszcze:
- Gdybyście byli ciekawi, przy następnej okazji z chęcią co nieco wam opowiem. Może o jednej z przygód w górach? Wiecie, że spotkałem tam wampira? - oniemieli, a on tylko mrugnął okiem i zaśmiał się w głos. Pozostawił ich w stanie osłupienia, samemu znikając za barem.

***

Dawno nie widziano go w Nimnaros. Mawiają, że przed laty opuścił miasto, by szukać inspiracji do twórczości.

Dukkha

Wygląd

Symbol