Wielki Szczur czuwa - trutka na szczury

Szczury tłoczą się w piwnicach. Niespokojna okolica. Miasto w dymie, miasto ginie. Chwalmy Szczurów Władcy imię.
ODPOWIEDZ
Gruby
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
WIELKI SZCZUR CZUWA, AKT I: TRUTKA NA SZCZURY


Obrazek

Poranek poza murami Nimnaros był tego dnia wyjątkowo rześki. Wiatr kłaniał ku ziemi niedojrzałe, zielonkawe łany zbóż na rolniczych terenach nieopodal lasu. Tego dnia okolica gdzie toczyć się miał kolejny epizod szczurzego dramatu, pogranicze między lasami a polami uprawnymi, była jednak dosyć opustoszała. Ot, w oddali dojrzeć można było jakichś pojedynczych farmerów doglądających plonów, zbierających z ziemi jakieś drobne, sflaczałe rzeczy albo wylewających coś z wiader na umiarkowanie urodzajną roślinność. W lesie co jakiś czas zaćwierkał ptaszek lub wiewiór przemknął po gałęziach, a stary, opuszczony spichlerz stojący na skraju puszczy zionął czasem głośnym świstem, kiedy wiatr zahulał w jego opustoszałym wnętrzu. Sielanka, wicherek, zieleń, piękne słoneczko, żadnych zagrożeń ani zmartwień. Brakowało tu jednak dwóch elementów. Tak, zdecydowanie ich brakowało. Jakich? Cóż, pierwszym z nich był wielki stos martwych, gnijących szczurów.

I z jednej strony ten stan rzeczy mógł zmartwić Valoo, a z drugiej mógł przynieść ulgę, bo równie makabryczny widok psułby piękną scenerię. Scenerię, którą już miał okazję zobaczyć. Ba, miał okazję nawet samemu ją namalować. Podczas jednego z popajowych przypływów weny, udało mu się stworzyć idealne odwzorowanie miejsca w którym teraz się znajdował. Słońce na niebie, przecinająca uprawy polna dróżka prowadząca do lasu, tuż przy niej ukryty na zakręcie ścieżki spadek, który z oddali zdawał się wyglądać tak, jakby pole było płaskie, ale skrywający mały rów, którym kiedyś musiał płynąć jakiś strumyk. Nieopodal stary, opuszczony, piętrowy spichlerz - otwarty i ziejący pustkami. Ale na obrazie, w miejscu gdzie appazi stał, leżeć powinien stos martwych szczurów z wywalonymi jęzorami i konwulsyjnie zaciśniętymi pazurkami. A nieopodal jeszcze, drugi element, którego złośliwie brakowało - młody chłopak stojący przy wozie na którym znajdowały się dwie beczki.

Brak wskazanych magicznych pędzlem części scenerii normalnie może nie byłby aż tak irytujący, ale to nie był jedyny powód Valoo do zmartwień. Parę dni temu, malarz dowiedział się, że jego dostawca paju zwinął interes. Gagatek podobno znalazł po prostu kogoś, kto zapłaci więcej i kto potrzebuje większych działek. Nagle okazało się, że pajace u których dotąd Valoo się zaopatrywał są niedostępni, albo nie mają niczego dla mniejszych klientów. I z jednej strony była to znakomita okazja do odwyku! A z drugiej... ech... Czemu akurat teraz, musiało zabraknąć tej pożywki dla duszy i talentu?

Ale mniejsza, czas na smutne rozmyślania właśnie się zakończył nim mógł się na dobre rozpocząć, a przygoda i splot losów musiały w końcu wyjść na pierwszy plan. Valoo usłyszał szmer z lasu i ujrzał grzywę blond włosów przyczepioną do małej niziołki wychodzącej z krzaków. Zaś chwilę później, od strony ścieżynki którą appazyjczyk przybył tu z Nimnaros, rozległy się krzyki i rozbrzmiał stukot kopyt... I nagle, jeden z elementów obrazu którego brakowało, pojawił się na widoku. W szybkim, bardzo szybkim tempie.

...

Dahlien przedzierała się dziarsko przez leśne chaszcze i krzaki, nie bacząc na pozostające we włosach liście, gałązki i drobne robaczki oczarowane jej osobą. Kolejny wspaniały dzień i kolejna wyprawa na obrzeża Nimnaros - chociaż tym razem w niezbyt przyjemnej sprawie. Od małej druidki zależały tym razem losy wielu zwierząt. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni.

Parę dni temu, do gaju w którym medytowała niziołka, dotarła delegacja gryzoni polnych. Koszatniczki, ryjówki, myszy i nornice przebyły do niej daleką drogę (jak na takie małe łapki), aby poinformować o swoich problemach oraz zgryzotach. Jakich? No, tutaj pojawił się problem, bo poczciwe, wiejskie zwierzęta nie potrafiły odpowiednio wyrazić swoich zmartwień. Zaaferowane, głupiutkie żyjątka nawet z pomocą Buhra nie były w stanie przekazać druidce o co chodzi - ta jednak zrozumiała mniej więcej istotę problemu. Coś masowo zabijało gryzonie na nimnarejskich uprawach. Coś złego i okrutnego wobec przyrody. Co dokładniej? Nie potrafiły przekazać. Ale bardzo się tego bały.

Któż miałby się zająć podobnym problemem, jak nie uzdrowicielka zwierząt? Stąd też Dahlien już od jakiegoś czasu przedzierała się ku polom, gotowa rozgryźć tajemnicę masowych zgonów gryzoni. Przeskoczyła nad zwalonymi kłodami, uśmiechnęła się do pszczół wyłaniających się z ula na jednej z gałęzi, zagłębiła w krzaczory... i wyszła w końcu na skraj lasu, na tereny polno-uprawne. Pierwszą rzeczą, którą poczuła, był chłodny dotyk przyjemnego wiatru i promieni słonecznych. Pierwszą rzeczą, którą ujrzała, był szczupły, elegancki appazi, stojący samotnie pośród tej scenerii, tak jakby na coś czekał. A pierwszą rzeczą, którą usłyszała, było...
- KURWA, GDZIE GNOJU! NIE UCIEKNIESZ!
Gdzieś za appazim nagle pojawiły się dwa wozy ciągnięte przez konie - na jednym z nich siedziała para krasnoludów, kobieta i mężczyzna, a na drugim zgarbiony ork. A przed nimi ktoś biegł... ktoś zaskakująco znajomy...

...

Keegan biegł tak szybko jak mógł, a nogi uginały się już pod nim ze zmęczenia. Było zrozumiałym, że mógł mieć pecha. Każdemu zdarza się mieć zły dzień. Keeganowi nawet zdarzały się to chyba troszkę częściej niż innym. Ale TO już była przesada. Wydawać by się mogło, że wyjście poza miasto to najlepszy sposób na ukrywanie się przed strażnikami i kuzynostwem pana Raubo. Wizyta w eldriońskich namiotach, może uczestnictwo w biesiadzie? Okazja do buchnięcia komuś sakiewki? Wydania zdobytych jakiś czas temu pieniędzy? Albo poobserwowania duchów szczurów i sprawdzenie, gdzie tym razem go poprowadzą. Każda opcja była lepsza niż zupełnie niespodziewane natknięcie się na Klynne i Bayda. TYCH Klynne i Bayda, rodzeństwa rzezimieszków znanych w półświatku na tyle dobrze, że nawet Keegan nie mógł o nich nie usłyszeć. Ruda Klynne, ta która łamie po dwadzieścia jeden palców wierzycielom - po jednym za każdy opóźniony dzień spłaty haraczy, wredna, sukowata, uwielbiająca zadawać ból i z cycem aż po pas. Siwy Bayd, spokojniejszy od swojej towarzyszki, ale hodujący psy, które rzekomo gustują w ludzkim mięsie i mający zęby spiłowane na ostro, pewnie żeby się pożywiać razem z nimi. Krótko mówiąc... to mniej lubiane kuzynostwo pana Raubo. No kurwa mać.

Duet najwyraźniej nie był poza miastem by celowo poszukiwać Keegana. Przyjechali na wozie-dwukółkach ciągniętym przez konia, na którym mieli beczkę z, sądząc po narysowanej na niej kupie, nawozem. Towarzyszył im jeszcze jeden, bliźniaczy wóz, załadowany dodatkowymi dwiema beczkami i powożony przez zgarbionego, zakrytego od stóp do głów szatami orka o podkrążonych oczach i ponurej minie. Jego usta zasłaniała czarna maska, a przy boku trzymał jakąś skrzynkę - wypełnioną szklanicami albo fiolkami, jak by wskazywał brzęk podczas jazdy. Pewnie mieli po prostu dostarczyć komuś jakiś towar poza miastem. Ale skoro złapali trop Keegana...

...to nie zamierzali odpuścić. I byli przy tym naprawdę zatwardziali. Gdy Keegan próbował wtapiać się w tłum - ork bezgłośnie pokazywał krasnoludom, gdzie się znajduje, wskazując odpowiednie miejsce swym kościstym palcem. Gdy chłopak próbował na polach wbiegać w uprawy - rodzeństwo gnało po nich wozami mając gdzieś potencjalne zniszczenia. Przez długi czas Keeganowi udawało się umykać przed ciężkimi, obciążone tak załadunkiem, jak i samymi powożącymi, wozami, ale konie miały więcej sił i kondycji niż on. Dlatego biegł ku lasowi lub staremu spichlerzowi, które majaczyły w oddali, chcąc tam znaleźć schronienie i okazję do ucieczki... lub kontrataku? A im był bliżej skraju lasu, tym bardziej się dziwił, bo w miejscu gdzie zmierzał stała dwójka osób, które los musiał chyba zesłać, żeby pomogły nieszczęsnemu chłopakowi w uporaniu się z pościgiem...

...

I tak moi mili losy całej trójki trzech bohaterów splatają się po raz pierwszy. Dahlien i Valoo widzą, jak Keegan biegnie ku nim, goniony przez dwa wozy. Na jednym z nich siedzi dwójka krasnoludów, kobieta i mężczyzna. Rudowłosa kobieta z twarzą poznaczoną czarnymi tatuażami, szaleństwem w oczach, przekleństwami na ustach...
- POWYRYWAM CI DUPY Z NOGI, TFU, NOGI Z DUPY GÓWNIARZU, CHODŹ TU KURWA, DAWAJ PALUCHY!
...i siekierką przy pasie, oraz mężczyzna, z posiwiałą brodą, spokojny, powożący dwókółkami, a przy boku trzymający pałkę. Uśmiechał się złowieszczo, obnażając kły spiłowane niby u rekina. Za nimi, wolniej, jechał kolejny wóz - siedział na nim duży, zgarbiony ork, ciasno zakutany w szaty mające maskować jego figurę. Głowę przesłaniał czarnym kapturem, większą część twarzy skrywał ciemną chustą, a jego podkrążone oczy patrzyły raczej na Dahlien i Valoo, niż na Keegana. Prawą, rachityczną dłoń trzymał na leżącym obok siebie małym kuferku. Na obydwu wozach znajdowały się beczki z namalowanym na nich symbolem kupy. Krasnoludy nie zamierzały chyba zwalniać i jak tak dalej pójdzie, to władują się końmi i ciężkimi kołami nie tylko na Keegana, ale i na appazsko-niziołczy duet.

Skoro sytuacja jest rozrysowana - nadszedł czas na decyzje. Gdzie się uda Keegan, chcąc uciec przed napastnikami? Jak zareagują Dahlien i Valoo na tę nieoczekiwaną sytuację? Co zrobić w takiej sytuacji, jak wykorzystać to co jest wkoło? Czy pola spłyną krwią... czy gnojówką?
Ostatnio zmieniony 19 maja 2022, 18:30 przez Gruby, łącznie zmieniany 1 raz.
Gruby - ork; pięściarz, pracownik fizyczny. Tłusty i obelżywy o abominalnej aparycji.
Ekwipunek: ubrany tylko w pas, portki w biało-czerwone pasy, skórzane buty i z tkaninąna nadgarstkach. Za pasem sakwa i krótki nożyk. Pierś naga z obłym cycem.

Awatar użytkownika
Dahlien
5. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Dahlien
Przemierzając leśne knieje gwizdała sobie pod nosem w rytm świergotu Luke'a, który latał nad jej głową. Mały zielony ptaszek był wyraźnie zadowolony z wycieczki, bo w okolicy pól uprawnych często mógł znaleźć dla siebie różne nasionka leżące wśród źdźbeł. Co jakiś czas wylatywał przed swą przyjaciółkę, by po krótkiej chwili wrócić. Szara myszka, Buhr, tymczasem siedziała na ramieniu Dahlien. Ona w żaden sposób nie była tak radosna. Ba! Większość czasu pozostawała spięta i nerwowo ruszała ogonkiem. Co jakiś czas popiskiwała nawet, by pośpieszyć niziołkę. Ostatni incydent w mieście odbił się na nim mocno i teraz biedny martwił się o swoich krewniaków.
- Spokojnie Buhr. Wiem, że ryjówki to Twoje koleżanki, ale już są bezpieczne. Tak, mała Gryzelda też. Przecież machała Ci na pożegnanie z tej jamki pod dużym bukiem. Oj weź przestań, Tymek wcale w tym czasie nie zawróci Basi w głowie. A nawet jeśli to znaczy, że nie była dla Ciebie. Serio, z babami są same problemy. Popatrz na mnie! - Zaśmiała się dźwięcznie głaszcząc myszkę po łepku i przeskakując przez zwalony pień jakiejś brzózki dostrzegła w oddali kraniec lasu. Znak, że zbliżała się powoli do celu swojej podróży.
Tym razem zagwizdała już w zupełnie inny sposób i Luke poleciał na przód na zwiady. Dla postronnej osoby raczej nie było niczego podejrzanego w ptaszku o szmaragdowym ubarwieniu, więc Valoo mógl go nawet nie zauważyć. No... przynajmniej póki nie usłyszał plaśnięcia, a na jego zapewne horrendalnie drogiej marynarce pojawiła się ptasia kupa. Zapewne gdyby szybko sobie przeprał ubranie nawet nie byłoby potem śladu, ale jak zaschnie... kto wie, czy nie będzie musiał sobie sprawić nowej? Upsik. Taki to los ludzi, którzy wybrali się poza miejskie mury. Niemniej działo się w tym samym czasie, gdy malarz dostrzegał biegnącego chłopca i jadące za nim wozy, więc może nawet się nie zorientował? Po tym jakże serdecznym przywitaniu się z mężczyzną Luke wrócił do lasu.
W tym czasie w lesie Dahlien właśnie ściągała wielkiego rogatego żuka, który wplótł jej się we włosy.
- Gerwazy! Przecież mówiłam Ci, że nie możesz z nami iść. Masz żonę i dzieci. Trzeba było myśleć wcześniej o konsekwencjach swoich działań. No już, wracaj do Jadwigi. - Po tej tyradzie wyciągnęła robaczka na dłoni, a ten wyraźnie obrażony na nią i na cały świat odleciał z powrotem w głąb lasu.
Wtem też usłyszała bardzo dobrze znane sobie świergotanie. Z wielką ciekawością słuchała jakże barwnej opowieści ptaszka, a na wzmiankę o udekorowaniu mężczyzny w smutnych ciemnych ciuchach wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem. Zainteresował ją również fakt, że ptaszek dostrzegł "głupiego pisklaka", jak to określił Keegana. Dziewczyna nie do końca wiedziała, o kim dokładnie mowa, ale skoro Luke tak go nazwał, to raczej kiedyś się spotkali. No cóż, to będzie ciekawy dzień.
W końcu wyłoniła się zza drzew, lecz dalej pozostała skryta w ich cieniu i wysokiej trawie. Całe szczęście przy jej wzroście łatwo było się schować. Na widok Keegana wyszczerzyła jednak zęby w wielkim uśmiechu. Widać, że dzieciak miał talent do pakowania się w kłopoty. Przecież jak się ostatnio spotkali ten czołgał się w dziurze w ścianie! Żeby mu nieco pomóc przekierowała nieco naturalnie płynącego w ziemi eteru w kierunku drogi, po której pędziły wozy, by stworzyć tam wzniesienie dość duże, by przy aktualnej prędkości wozu kierujący nim stracił panowanie nad pojazdem. Przy odrobinie szczęścia krasnoludy mogły albo wypaść z kozła, albo co lepsze wóz całkiem by się przewrócił. Na pewno jednak nieco by się rozproszyli przez nieplanowaną przeszkodę na drodze. A kto wie? Może i koło im od tego wypadnie? Byłoby miło.

Fristron
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Valoo
Valoo prawie nigdy nie wychodził z miasta i czuł się nieswojo w tak dziwnym, niezabudowanym terenie. Wiedział jednak, gdzie iść, bo kojarzył stary odosobniony spichlerz, który widział czasem z wież Dzielnicy Wysokiej kiedy malował portrety arystokratom w ich prywatnych komnatach.
Było coś hipnotyzującego w odwiedzeniu miejsca, którego z tej perspektywy nigdy nie widział, ale które jakimś tajemniczym sposobem oddał dokładnie za pomocą pędzla. Dlatego też kiedy dotarł na miejsce, wiedział od razu że spędzi tu dłuższą chwilę. Położył więc na drodze swoją skórzaną torbę podręczną, w której miał magiczny pędzel, przekąskę i parę produktów pierwszej potrzeby, takich jak fiolka perfum ze smoczego ziela; w końcu nigdy nie wiadomo, kiedy ważne będzie ładnie pachnieć. Torba nie była ciężka -- nie był zwolennikiem noszenia ciężkich rzeczy (ani noszenia rzeczy w ogóle) -- ale jeśli mógł trochę sobie ulżyć, to czemu nie?
Wpatrywał się w scenerię jak z obrazka -- dosłownie -- z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, faktycznie, był podirytowany, bo chyba wyszedł z miasta na marne. Z drugiej, odczuwał lekką ulgę że może nie wszystkie jego obrazy stają się rzeczywistością. Im mniej ta dziwaczna sprawa go zajmowała, tym bardziej mógł się skupić na innych ważnych kwestiach, takich jak znalezienie nowego dostawcy paju. Wreszcie z trzeciej, do której się nie przyznawał, czuł się odrobinę zawiedziony. Choć cała sytuacja napawała go przede wszystkim przerażeniem, było coś ekscytującego w obserwowaniu, jak jego dzieła stają się rzeczywistością. Prawie jakby to on powodował te wydarzenia.
Valoo syknął przez zęby, kiedy ptasia kupa spadła dokładnie na wyszywane złotą nicią inicjały na kołnierzu jego aksamitnego płaszcza, ochlapując mu przy okazji brodę i koszulę. Jeśli ptaszysko próbowało zrobić jak największe szkody, to wyszło mu trafienie krytyczne.
- Krassam - zaklął Valoo pod nosem. Mógł spędzić całe życie w Nimnaros, ale jego matka zadbała o to, by nauczył się ojczystej mowy. A gadiańskich przekleństw nauczył się jakoś tak organicznie, bez jej wsparcia. Wystarczyło mieć uszy szeroko otwarte kiedy Malen nie wychodziły ściegi. - Dlatego nie robię plenerów... co u diabła?
Sam fakt pędzącego w jego stronę wozu byłby wystarczający, żeby go wyprowadzić z równowagi. Jeśli zaś dodać do tego chłopaka i beczki, które widział już na swoim obrazie, to całość robiła się bardzo alarmująca. Od razu rzucił okiem, czy na miejscu gdzie miał stać stos nie zaczynają zbiegać się szczury. Poczuł się trochę, jakby wszedł za kulisy Teatru Wykidajło na pięć minut przed podniesieniem kurtyny i obserwował, jak król nerwowo wciąga portki a mag pomaga przy przenoszeniu stanowiących scenografię bel siana. Bezsensowne kawałki całości, niecierpliwiące się by wskoczyć na miejsce w którym zyskają jakiś kontekst.
Cała ta metafizyka sobie, pędzący na zderzenie czołowe wóz sobie. W sytuacjach konfliktowych Valoo najchętniej przyjmował strategię taktycznego odwrotu. Chwycił więc szybko swoją torbę, momentalnie zachwiał się i prawie stracił równowagę -- zupełnie jakby ziemia się poruszyła -- i dał nura w zboża, z których zamierzał obserwować całą akcję. I w tym momencie zorientował się, że kiedy się potknął, z jego torby wysunęły się i rozbiły na drodze perfumy ze smoczego ziela -- perfumy, których nie wolno nosić do jazdy konnej, bo płoszą te zwierzaki niemiłosiernie.

Karv
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Keegan
Jeśli Keegan znał się na czymś jak mało kto - było to uciekanie. Podniósł tę dziedzinę do rangi sztuki. Potrafił dać nogę drzwiami, oknem, między nogami i po ustawionych na rzece łodziach. Uciekał za dnia i w nocy. Zdarzało mu się zwiewać przed pojedynczym goniącym lub przed całą ich zgrają. W krótkich sprintach lub na długich dystansach.
A jednak, mimo tak bogatego doświadczenia, wciąż nienawidził tego jak mało czego na świecie.
Teraz biegł, czując, jak płuca coraz bardziej go palą, jak z każdym kolejnym krokiem słabną mu nogi. Czuł, że długo nie pociągnie. Jeśli tylko dotrze do miasta, pocieszał się w duchu, zgubi pościg w wąskich uliczkach. Znał trzewia Nimnaros, wiedział, w który róg skręcić i gdzie przykucnąć, żeby zniknąć w cieniu. Ale od miasta wciąż dzieliło go jeszcze kilka chwil szaleńczej gonitwy.
I wtem dojrzał wybawienie! Druidkę, którą poznał jakiś czas temu. W dniu, który doprowadził do obecnej sytuacji.
- Dahlien! - ryknął, świadom, że ten krzyk może go pozbawić sił na kilka ostatnich metrów biegu. - Dahlien, ratuj, oni nie żartują!
Zboczył z traktu, by skierować się w stronę niziołki. Jeśli jej magiczne zdolności nie pomogą, to nic mu już nie pomoże.

Gruby
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Keegan przemknął tuż obok Valoo, biegnąc ku niziołce, którą dostrzegł w krzakach. Do miasta nie było blisko, bo pogoń pokierowała go w bardziej odosobnione miejsce (bogowie wiedzą w jak niecnych celach), ale widok niziołczej druidki był równie dobrym zwiastunem ratunku, co nimnarejskie uliczki. Chłopak oraz appazi mogli spojrzeć na siebie przez krótką chwilę, jednak sytuacja nie sprzyjała dłuższemu nawiązywaniu nowych znajomości. Keegan czmychnął dalej przed siebie...

...a Valoo został sam, tuż przed pędzącymi dwukółkami i koniem. Malarz mógł jednak dostrzec, że nagle, tuż przed nadjeżdżającą pogonią, z ziemi wyrósł mały pagórek. Nie miał czasu aby podziwiać ten niespodziewany cud natury, bowiem chopa, nie chopa, konie pewnie ją sprawnie ominą. Toteż odskoczył w kłosy, robiąc zgrabny unik i tracąc dobrej jakości perfumy, które rozbiły się na jednym z kamieni, znajdujących się na szlaku.

Co się wydarzyło dalej? Odrobina chaosu. Konie ominęły wzniesienie stworzone przez Dahlien, ale sam powóz nie miał jak uniknąć pagórka. Koła dwukółek odbiły się od chopy i uniosły w powietrzu, a wraz z nimi rodzeństwo krasnoludów. Zdawało się jednak, że uda im się opanować pojazd i kontynuować pościg. Nagle, do końskich chrap, dostała się woń perfum Valoo. Ogier stanął dęba, obrzydzony wulgarnym zapachem, a powóz wpadł mu w zad, wyhamowując w powietrzu. Takiego zderzenia pasażerowie nie mogli już wytrzymać. Beczułka przetoczyła się po powozie, odrobinę rozszczelniając - wylało się z niej na drogę nieco brunatnej mazi, podobnej do budyniowatej kupy. Ta spadła tuż pod nos Valoo - ot, miał takie szczęście dzisiaj do kup oraz odchodów. Jeśli chodzi zaś o krasnoludy, to ten siwobrody zleciał z kozła, upadając nieopodal wozu i kryjówki artysty, a ruda furiatka wystrzeliła z wozu jak z procy, lecąc w kierunku... w którym uciekał Keegan. Valoo zauważył, jak zza jej pasa wysuwa się sakiewka oraz jakiś... list? Obydwa przedmioty upadły w zboża, nieopodal leżącego appazi.

Koń uderzony w zad wozem niby wielkim, ciężkim batem (albo szafą), obruszył się niezmiernie i ruszył pędem w zboża - na lewo od miejsca, gdzie działo się całe wydarzenie, a gdzie stał opuszczony spichlerz. Wóz podążał za nim, nieprzewracając się. Beczka zachowała stabilność i już nic więcej się z niej nie wylewało. Siwobrody krasnolud, który upadł w pobliżu dwukółek, teraz zerwał się jak poparzony i ruszył pędem za swoim cennym ładunkiem oraz wierzchowcem. Nie zauważył appaziego w trawie, a i na gonienie Keegana chyba przeszła mu ochota. Na razie mieliście go z głowy.

Zostańmy jeszcze chwilę przy Valoo. Poza listem i sakiewką leżącą nieopodal w trawach, malarz wyczuć mógł jeszcze jedną rzecz - dziwny, a zarazem znajomy zapach brunatnej mazi, która wylądowała mu przed nosem. Z trudem przebijała się ona przez woń perfum, jednak mógł ją rozpoznać dzięki swemu doświadczeniu w obcowaniu z ową substancją. Paj. Cokolwiek było w tym, za przeproszeniem, gównie, pachniało pajem. I był to jedyny zapach wyczuwalny od mazi.

Nie skupiajmy się jednak tylko na wąchaniu, nakarmy też trochę wzrok. Ork towarzyszący krasnoludom na drugim wozie, zatrzymał swojego konia. Wsadził dłoń do kuferka, pogmerał w nim, a gdy wyciągnął palce, znajdowała się na nich jakaś czarna ciecz. Farba? Atrament? Zakapturzony zielonoskóry wychylił się na koźle, po czym namalował coś na zadzie konia. Ani Valoo, ani Dahlien, nie byli w stanie dostrzec co. Następnie, chlapiąc czerniną, wsadził drugą dłoń do kuferka - tym razem na palcach miał fioletową ciecz. Słysząc jak Keegan krzyczy "DAHLIEN!" uniósł głowę. Tak, jakby usłyszał coś, co musiał wyłapać i zapamiętać... albo jakby wyłapał coś znajomego. Dahlien jednak nie wiedziała z kim ma do czynienia. Na pewno nie był to Gruby, którego niedawno poznała, a jeździec był tak zakutany w szmaty, że trudno go było rozpoznać po samych oczach i dłoniach. Ork powoli ruszył konia i powóz w kierunku... Valoo. Najwyraźniej widział go i miał do niego jakiś interes. Dłonie ociekały mu dziwnymi barwnikami. Niechybnie, za chwilę, jego wierzchowiec wejdzie w chmurę perfum...

Mamy krasnoluda, który popędził za wozem, mamy orka, który zmierza ku malarzowi... A co z rudowłosą krasnoludką i Keeganem? No, było z jednej strony lepiej, z drugiej nie do końca. Spanikowany Keegan biegł ku Dahlien, ale nie miał okazji wcześniej przyjrzeć się okolicy, tak jak miał możliwość zrobić Valoo. Dlatego biednemu chłopakowi umknął rów ukryty pośród łanów zboża - właśnie tam, w jednej chwili, Keeganowi omsknęła się noga. Łotrzyk wpadł do dziury w której kiedyś musiał płynąć jakiś strumyk. Wyłożył się równo, ale na szczęście nic mu się nie stało. Będąc w tym swoistym "okopie", Keegan zauważył... szczury. Martwe szczury. Co najmniej kilkanaście. Z góry nie było ich widać, bo były ukryte pośród kłosów roślin, jednak wyglądało to na małe, świeże cmentarzysko, na którym nikt nie kwapił się zakopać trupów. Obok znajdowało się nieco korzeni, trzy solidne kamienie, nieco pokrzyw oraz...

- GŁOWĄ W PRZÓD KURWA!
Jeb! Do rowu wpadła ruda kula furii, wzbijając w powietrze tuman kurzu, ziemi i chwastów. Klynne najwyraźniej była jedną z tych krasnoludzic, które można było wsadzać na katapulty. Kurs wstępny w postaci bycia wystrzelanym z wozu, miała już za sobą. Sądząc po brzydkich chrupnięciach, właśnie coś sobie połamała, ale... hej, była przynajmniej blisko celu. Upadła jakichś parę metrów od Keegana. Cała brudna, posiniaczona i bez jednego zęba (może to chrupnęło?), podniosła się z kurzu, szczerząc się zakrwawioną paszczą do łotrzyka i wyciągając zza pasa siekierkę:
- Mam cię młody, pozdrowienia kurwa od mojego kuzyna.
I ruszyła ku Keeganowi, machając nonszalancko siekierką. Wbiła wzrok w krocze chłopaka - chyba wybrała już palec, który będzie chciała uciąć.

Dahlien tymczasem siedziała sobie w krzakach. Straciła trochę z oczu Keegana, widziała w oddali orka i jakiś ruch w trawie, gdzie wcześniej umknął Valoo, ale nie miała pełnego oglądu sytuacji - mogła działać, chociaż jeśli nie wyjdzie z kryjówki, to w dużej mierze będzie musiała rzucać zaklęcia "na czuja".
Ostatnio zmieniony 29 maja 2022, 8:40 przez Gruby, łącznie zmieniany 1 raz.
Gruby - ork; pięściarz, pracownik fizyczny. Tłusty i obelżywy o abominalnej aparycji.
Ekwipunek: ubrany tylko w pas, portki w biało-czerwone pasy, skórzane buty i z tkaninąna nadgarstkach. Za pasem sakwa i krótki nożyk. Pierś naga z obłym cycem.

Karv
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Keegan
Keegan zaklął pod nosem, gdy odwrócił się na plecy i zobaczył zbliżającą się z groźną minę krasnoludzicę. Ktoś o mniejszym doświadczeniu z wpadaniem w kłopoty niż on, mógłby pewnie być już na skraju ataku paniki. Keegan czuł jednak, że nie wszystko jeszcze stracone. Po pierwsze, gdzieś nieopodal była Dahlien. Po drugie... po drugie leżały tu martwe szczury. A tam, gdzie martwe szczury, tam także ich dusze.
Duchy szczurów w ostatnim czasie pokazywały mu się coraz częściej. Czasem tylko przemykały na granicy pola widzenia, czasem zamieniały z nim kilka słów. Bywało, że jakiś przysiadł na jego ramieniu i towarzyszył przez krótki czas w spacerze.
Keegan żałował, że nie miał jeszcze czasu zapoznać się z księgą otrzymaną od niziołki. Może stamtąd dowiedziałby się, jak wpływać na szczury i naginać je do swojej woli. Póki co nie przychodził mu jednak żaden inny pomysł, niż zwyczajnie poprosić o pomoc.
- Duchy szczurów! - krzyknął z nadzieją, że nawet jeśli życzenie nic nie da, to chociaż skonfunduje krasnoludzicę. - Przybądźcie mi z pomocą! Będę miał u was dług!
Jakby dla wzmocnienia swoich słów, wystawił przed siebie rękę, otwartą dłonią skierowaną ku napastniczce. Wyglądał, jak gdyby miał nadzieję, że wystrzeli z niej korowód szczurów, gotowych do walki w jego imieniu.
Poczuł kroplę potu spływającą po skroni.

Awatar użytkownika
Dahlien
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Dahlien
Niziołka zmarszczyła brwi widząc co się dzieje. Ona sama była chaotyczna, lecz nawet dla niej to co się właśnie wydarzyło to było za dużo. Cmoknęła pod nosem widząc, jak biedny koń został uderzony powozem. Nie to było jej zamiarem! Obiecała sobie, że potem go odnajdzie i upewni się, że biedak nic sobie nie zrobił.
Nie podobała jej się również wielka uwaga, z jaką orczy woźnica zareagował na jej imię. Nie wiedziała czemu, lecz napawało ją to swego rodzaju zmartwieniem. Po kiego mu to wiedzieć? Może słyszał o niej skądś? W sumie owszem, była sławna w niektórych kręgach jako druidka i kartografka, ale taki ktoś raczej nie miałby większego pożytku z jej umiejętności. Prawda?
Odrzuciła jednak szybko te myśli. W końcu była potrzebna, co przecież zostało wcześniej nawet i wykrzyczane. Nie spodziewała się, że tak szybko ponownie spotka chłopaka, a tym bardziej w takiej sytuacji. Trochę go szkoda, że nawet nie dojrzał a już miał stracić możliwość poznania niektórych z przyjemności życia. Chwilę pogłówkowała, przywołała do siebie Buhra i coś mu szepnęła na uszko, po czym mysz pobiegła pędem w stronę lasu. Kolejne polecenie, a tym razem to ptaszek ruszył na pomoc Keeganowi latając nad głową krasnoludzicy, ciągając ją dzióbkiem za włosy i odwracając uwagę. Miał stworzyć możliwość młodemu do ucieczki, lecz również samemu pozostawać w bezpiecznej odległości i z tyłu furiatki.
Wtem rozległ się dźwięk, jakby ktoś dziecko bawiło się grzechotką. Potem stawał się on coraz głośniejszy, bardziej przypominał buczenie... aż w końcu z lasu wyleciała cała chmara pszczół, które spotkała wcześniej podczas swej podróży. Przewodziła im bura myszka, a gdy te dostrzegły cel ruszyły do ataku. Miały zasłonić kobiecie pole widzenia, a jeśli ta zaczęłaby je przeganiać dostały pozwolenie na pokąsanie jej. Niziołka nie musiała być w pobliżu, by ich nadzorować. Leśne zwierzątka były bardzo mądre i sporo jej zawdzięczały. Luke dzięki temu mógł się ewakuować, obserwując jednak z bezpiecznej odległości co działo się z chłopakiem.
Sama Dahlien w tym czasie przemywała w trawie (dalej starała się unikać wzroku agresorów) i ruszyła w kierunku malarza. Chcąc nie chcą ten wplątał się w cały ten ambaras, więc czuła się w obowiązku wspomóc też jego. Przemykając na czworakach musiała naprawdę dziwnie wyglądać, lecz dzięki temu wysokie zarośla jeszcze lepiej ją skrywały. W końcu jej blond czupryna wyłoniła się tuż przed appazim, a na twarzy dziewczyny widniał wielki uśmiech.
- Cześć! Nie wiem czy wiesz, ale tu nie jest tak do końca bezpiecznie - rzekła jakby w jej mniemaniu mężczyzna należał do kategorii niedomyślnych, po czym wskazała mu palcem kierunek przez zarośla. -Jak pójdziesz tędy unikniesz stratowania przez konia. Tylko lepiej miej nisko głowę. Buhr Cię poprowadzi. Szybko!
Nie czekając dłużej, bo w końcu ork jechał ciągle w ich stronę zniknęła znów w wysokich kłosach. Martwiła się trochę o Keegana, więc poszła go szukać. Przed Valoo z kolei stanęła najzwyklejsza w świecie mysz. No... przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo zaraz stanęła na dwóch łapkach, pisnęła coś do niego, machnęła przednią łapką i zaczęła biec w kierunku wskazanym przez Dahlien. Co chwila jednak obracała się za siebie, żeby upewnić się, że mężczyzna za nią podąża. Droga przez zarośla prowadziła w kierunku spichlerza.

Fristron
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Valoo
Mówi się, że w każdej istocie znajdują się dwa wilki, toczące ze sobą wieczną bitwę. Pierwszy wilk Valoo bardzo chciał paju, i bardzo chciał go już teraz, więc jak tylko zwęszył towar, najchętniej wsadziłby długie palce prosto w kupę. Ten pomysł sam w sobie obrzydzał drugiego wilka - no dobrze, może raczej rozpieszczonego pudla - który zadawał się w ostatnich latach z arystokratami i który uważał nurzanie się w brązowej mazi za zajęcie cokolwiek gówniane.
Może i ta metafora jest trochę za wzniosła jak na rozdarcie między ciągiem ćpuna a mitrężeniem snoba, ale mniej więcej tak sytuację rozumiał Valoo. I zaczął szukać jakiegoś rozwiązania, które by sprawiły że i wilk byłby syty, i pudel uczesany. A że jako malarz miał bystre oko do detali, zauważył jak próba bicia światowego rekordu w skoku w dal na furmance skończyła się dla rudej krasnoludzicy utratą trzymanych u pasa dokumentów, które wylądowały niedaleko miejsca gdzie leżał. Zobaczył też że goblin, który najwyraźniej był z krasnoludami w komitywie, zmierza w jego kierunku. Jego mózg jeszcze łączył fakty, podczas gdy ciało chwyciło list. Dopiero wtedy myśli nadążyły za instynktem: może będzie mógł zwrócić papier goblinowi i w zamian dostać trochę paju i najlepiej kontakt do nowego solidnego dilera?
Tak oto powstał w jego głowie plan solidny że mucha nie siada i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie wyrosło przed nim nagle jakieś bardzo źle uczesane dziewczę, mówiąc naraz bardzo dużo niezrozumiałych rzeczy. Valoo wyłapał ogólny sens, że ostrzegała go przed niebezpieczeństwem. Zawsze wiedział, że poza murami miasta jest dziko i groźnie, ale takie ekscesy na parę kroków od murów to chyba lekka przesada. Mała powiedziała coś o "burze" (burzy? buszu? borze?) i zwiała, zanim appazi zdążył choćby się przywitać. Dziki kraj. Zanim jednak poukładał sobie cokolwiek w głowie, przed jego oczami wyrosła mysz, gestykulując gorączkowo i wyraźnie na migi pokazując, że Valoo ma za nią iść.
I wtedy wszystko stało się jasne i oczywiste.
- Krassam. Chyba trochę przesadzałem ostatnio z pajem - mruknął do siebie, ruszając za myszą i zrzucając cały dziwaczny ambaras na syndrom odstawienny. Przestał zwracać tak mocno uwagę na to co się wyprawiało wokół niego; ani chybi były to halucynacje. Ale mysz prowadziła go do spichlerza, gdzie mógł się pewnie kimnąć i dać dziwnym wizjom odejść. A potem powinien znaleźć działkę paju. To znaczy, w głębi ducha wiedział, że tak naprawdę to powinien przestać tyle palić, ale na tę chwilę chciał przede wszystkim nie widzieć kudłatych stworzeń, katapultujących się krasnoludów i myszy-przewodników. Idąc z pochyloną głową, przypomniał sobie o liście, który zgarnął zanim jego życie zaczęło polegać na podążaniu za myszami. Nadal miał go w ręce. Spojrzał na niego, ciekaw co też jego głowa teraz wymyśliła, by przypomnieć że minęła już jakiś czas temu pora na regularną dawkę paju.

Gruby
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Los bywa przewrotny - czasem chcąc pomóc, możemy się wpakować w niezłą kabałę. A czasem będąc na straconej pozycji, możemy wyjść z opresji bez szwanku...

Keegan wezwał na pomoc duchy szczurów. Robiąc epicką pozę, skierował dłoń ku krasnoludce w rozkazie ataku. Krasnoludka zatrzymała się i przestała machać siekierką, spojrzała na Keegana. Keegan spojrzał na krasnoludkę. Krasnoludka na Keegana. Keegan na krasnoludkę. Ciszę przerwało sarkastyczne cykanie świerszcza, a po chwili też złośliwy śmiech Klynne:
- Szczury? Wybrałeś sobie najgorszych możliwych sojuszników dzieciaku. A teraz dawaj jaja.
Wydawało się, że działanie Keegana nie przyniosło żadnych rezultatów, jednak ten kątem oka mógł zauważyć, jak ze zwłok jednego ze szczurów wyłania się jego cień, duch. Czerwone, gorejące ślepie gryzonia, wbiło swój wzrok w mówiącego z widmami. Z trucheł jego towarzyszy również wyślizgnęły się zjawy, zwabione obietnicą długu.

W tym momencie, nadeszło wsparcie od Dahlien! Najpierw Luke zaczął fruwać wokół krasnoludki, a potem znad rowu wyleciała cała chmara pszczół, która obsiadła furiatkę. Bzyczący rycerze wirowali wokół oponentki, a ta zaskoczona takim obrotem spraw, zaczęła się od nich opędzać. Mimo wskazania od niziołczej druidki, pszczoły nie gryzły, ani nie żądliły swojego celu - nie gryzły bo i tak nic by to nie dało, nie żądliły bo skończyłoby się to dla nich śmiercią, a miały swoje ważne, pszczele rzeczy do zrobienia. Stąd też ot, takie rozproszenie, ale dające wystarczająco czasu Keeganowi na ucieczkę i zwiększenie dystansu. Młody łotrzyk zauważył jednak coś, co normalnie powinno mu umknąć. Teraz czuł to jednak bardzo jasno i cały tok wydarzeń, zdawał mu się niesamowicie, nawet nienaturalnie klarowny. Tak, jakby widział co się stanie, albo jakby coś mu to wskazało.

Szalejąca krasnoludka tak mocno tupała, że jeden z martwych szczurów oblepiony krwią osunął się nienaturalnie w pobliże jej stóp, tuż przed nią. Przed krasnoludką - śliski szczur. A za nią... kamień wystający z ziemi. Chłopak WIEDZIAŁ, widział to oczami wyobraźni. Kobieta poślizgnie się na szczurze i rąbnie karkiem w głaz tak niefortunnie, że umrze. Keegan nie miał wątpliwości. Duchy gryzoni patrzyły uważnie. Chłopak ma teraz idealną szansę na ucieczkę, ale czy śmierć krasnoludki nie okaże się w dłuższej perspektywie bardziej kłopotliwa? Miał czas aby zareagować i przyjąć dar od swoich towarzyszy... albo odrobinę zmienić przyszłość, którą zaoferowali mu makabryczni przyjaciele.

Przejdźmy teraz głębiej w pola, do Dahlien i Valoo, którzy natrafili na nieoczekiwany problem. Niziołka przedzierała się szybko przez trawy, aby zdążyć do appaziego przed orkiem. Mknąc ku celowi poczuła, jak zaczyna jej się lekko kręcić w głowie - nie potrafiła jednak powiedzieć czemu. Było to podobne uczucie do tego gdy za szybko wstaniemy, jednak nie na tyle uciążliwe, by uniemożliwić druidce pęd. W trawach zauważyła pojedyncze, martwe gryzonie - ryjówki, szczury, nornice. Z pyszczków ciekła im piana. Może to ją otępiało? Śmierć tylu z jej towarzyszy? W końcu jednak dobiegła do ciemnoskórego malarza i rozpoczęła z nim rozmowę. Cały plan był spójny, to co Valoo i Dahlien dalej zaplanowali miało sens. Zabrakło jednak jednego, głównego elementu.

- Buhr Cię poprowadzi. Szybko! ...Buhr?
Dahlien poczuła ścisk w żołądku i oblał ją pot. Buhra nie było przed Valoo. Co więcej, nie mogła go wyczuć, zupełnie tak, jakby więź z jej towarzyszem gdzieś zanikła, została przerwana. Dopiero teraz, razem z szokiem, mgła spowijająca umysł od momentu kiedy weszła na pola nieco się rozrzedziła.

Pozornie nie wydawało się, by cokolwiek było nie tak. Świerszcze grały w trawach, biedronki chodziły po kłosach, ptaki śpiewały i szukały ziaren, gdzieś w oddali lis przebiegał przez pole, spłoszony hałasami. Rośliny pięły swoje kłosy, kwiaty i liście ku słońcu, poruszane wiatrem. Natura tu żyła, bez głębszego przyjrzenia się, trudno było wyczuć, że cokolwiek jest nie tak. Ale brakowało jednego elementu. Gryzoni. Nie, nie chodziło o to, że było parę martwych zwierzątek. Dahlien biegnąc tu, nie widziała ani jednego żywego gryzonia. Ani jednego. A jeśli Buhr próbował wbiec w pola...

Druidka usłyszała głośne, paniczne świergotanie Luke'a. Chyba znalazł swojego przyjaciela. Trzeba było działać szybko, albo dojdzie do tragedii.

Tymczasem Valoo mógł być skonfudowany i poczuł, że rzeczywiście, chyba poprzednie pajowe przygody nieco mu za mocno weszły. Zazwyczaj mówi się, że po zbytnim zaćpaniu widać białe myszki. Tym razem jednak, appazi nie widział żadnej - a kazano mu za nią iść. Ten brak jednego elementu, chaos związany z całą sytuacją, zwinięcie listu i pajowe przemyślenia sprawiły, że ork na wozie miał wystarczająco czasu, aby dojechać w pobliże. Zielonoskóry nie pędził, tylko spokojnie powoził wóz do przodu, jego koń wjechał w chmurę perfum, która spłoszyła poprzedniego rumaka... ale nic się nie wydarzyło. Zupełnie. Tajemniczy woźnica zatrzymał wierzchowca, po czym wbił spojrzenie prosto w Valoo. Appazi poczuł jak gula podchodzi mu do gardła. W spojrzeniu orka było coś nieprzyjemnego - zielonoskóry nie mrugał, a zarazem zdawał się nie patrzeć na malarza, a na coś za nim? Tak, jakby jego wzrok mógł objąć wszystko wokół:
- Masz dobry gust, przyjacielu. Perfumy ze smoczego ziela, prawda? Uwielbiam je.
Głos orka również był nieprzyjemny. Wypowiadał się kulturalnie, jego słowa były uprzejme, ale chrapliwy ton skrywał jakieś okrucieństwo, dzikość, nie pasował ani do sytuacji, ani do samej osoby zakutanego w szmaty woźnicy. Brzmiał tak, jakby brutalnemu, bełkoczącemu oprychowi z portu przyznać rozum i godność arystokraty.
- Przepraszam za ten ambaras, moi towarzysze są nieco zbyt... zmotywowani, aby złapać drobnego przestępcę. Nie ma potrzeby kryć się w brudnej, nieprzyjemnej trawie. Mam nadzieję, że spłoszony koń nie zrobił ci żadnej krzywdy?
Słowa zgrzytały z zakrytych ust orka, mierząc Valoo. Brak gracji i elegancji tonu oraz głosu, połączony z ładnymi słówkami, był jak zgrzytanie na skrzypcach pogrzebaczem. Appazi mógł zauważyć dwie rzeczy. Pierwszą - na zadzie konia był chyba wymalowany czarnym atramentem... łeb wierzchowca. Miał przekreślony pysk, tak jakby ktoś narysował portret, a potem stwierdził, że ten element nie pasuje. Nie było to malarstwo wysokich lotów, ot, bardziej rysunek kilkunastoletniego dziecka. Dalej na zadzie, było wyrysowane coś jeszcze, ale bez podchodzenia bliżej nie szło dojrzeć cóż to jest. A druga rzecz, którą Valoo mógł zauważyć? Z obu dłoni orka ciekły ciecze - z jednej czarna (której użył do namalowania znaków na zadzie konia), z drugiej fioletowa. Ciecz lekko trzymała się palców, ale też kapała obficie na ziemię. Uwadze malarza nie umknęło, że w miejscu gdzie padały czarne krople, nic się nie działo. Ale tam gdzie upadły fioletowe krople, rośliny, nieśmiało wychylające się z udeptanej dróżki, zdawały się czernieć i więdnąć. Tak, podawanie ręki temu osobnikowi nie byłoby dobrym pomysłem.
Ork chyba nie zauważył, że appazi zwędził list. Chociaż jego wszechogarniające spojrzenie było na tyle niepokojące, że trudno było ocenić, czy tak jest naprawdę. Malarz był jednak we względnie komfortowej sytuacji - w przeciwieństwie do innych bohaterów, nie musiał wybierać między życiem a śmiercią...
Gruby - ork; pięściarz, pracownik fizyczny. Tłusty i obelżywy o abominalnej aparycji.
Ekwipunek: ubrany tylko w pas, portki w biało-czerwone pasy, skórzane buty i z tkaninąna nadgarstkach. Za pasem sakwa i krótki nożyk. Pierś naga z obłym cycem.

Karv
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Keegan
Keegan nie był złym człowiekiem, a przynajmniej lubił tak o sobie myśleć. Miał może dość specyficzne podejście do prawa własności i zwykł mawiać, że umowy i glejty nie są potrzebne, by dany przedmiot zmienił właściciela, bo dobrami powinien dysponować ten, kto bardziej ich potrzebuje - zwykle ten ktoś miał na imię Keegan - ale daleko było mu to zimnokrwistego mordercy. Nigdy nie posunąłby się do odebrania komuś życia.
Ratowanie życia kogoś, kto chciałby go zabić, to zupełnie inna sprawa.
Czystość umysłu i klarowność, z jaką scena przewinęła mu się przed oczami, zaskoczyły go. W tym momencie jednak nie miał czasu tego roztrząsać. Teraz mógł tylko sprawdzić, czy jest to rzeczywiste.
Po części wiedziony ciekawością, ale głównie jednak strachem, spróbował poderwać się nieco i odskoczyć w tył - zmuszając przeciwniczkę, by zrobiła ten felerny krok do przodu, by nastąpiła na śliskie szczurze truchło.
- Pomocy! - ryknął na całe gardło. - Ona mnie zabije!
Chciał, by nikt w okolicy nie miał wątpliwości, kto tu jest agresorem, a kto niewinną ofiarą.

Awatar użytkownika
Dahlien
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Dahlien
Nawet jeśli zamierzona pomoc od druidki nie przyniosła zamierzonych efektów na pewno w jakimś stopniu poprawiła sytuację Keegana. No... przynajmniej tym się trzeba kierować. Bo kiedy życie ciska w nas cytrynami trzeba zrobić z nich lemoniadę, czy jakoś tak. Krasnoludzica może nie skończyła cała pokąsana i ze wstrząsem anafilaktycznym, jednak odwrócenie uwagi również powinno być wystarczające.
Gdy przedzierała się przez pole zaczęło się jej kręcić w głowie. To było... dziwne. Nie miewała tak! Była odporna na trucizny, więc od bardzo dawna niczym się nic jej nie zaszkodziło, a skacząc po drzewach głowa niziołki powinna już dawno się przyzwyczaić do zmian wysokości. To już jej dało do myślenia, że coś jest nie tak. Miała tylko nadzieję, że zaraz nie znajdzie ryjówek... I wtem zobaczyła martwe gryzonie.
- Na trzmieli puszysty tyłeczek... to się porobiło. - Zaklęła pod nosem zmierzając dalej do Valoo. Martwym i tak już nijak nie pomoże.
Skupiona na dotarciu do appaziego nie zorientowała się zupełnie, że brakuje przy niej jej drogiego przyjaciela. Do tego nagle Luke zaczął ją panicznie nawoływać! Spojrzała ostatni raz na malarza, a potem zniknęła wśród traw. Ostrzegła go, dalej mężczyzna musiał radzić sobie sam. Dalej z głową nisko zmierzała w kierunku, gdzie krążył zielonkawy ptaszek wyraźnie wskazując miejsce, w którym ich mysi towarzysz potrzebował pomocy.
Jak tylko dostrzegła znajome bure futerko wzięła gryzonia w ręce i uniosła z ziemi. Odetchnęła z ulgą zauważając, że ten oddycha, chociaż bardzo słabo.
- Trzymaj się Buhr, dasz radę! Basia na Ciebie czeka i ja też Cię potrzebuję. Przetrwajmy to razem, to potem załatwię wielki kawał sera. Tego dziurami, co tak bardzo lubisz! - Przemawiając do myszki nie przestawała się przemieszczać, dążąc z powrotem do ściany lasu. Zło tkwiło na polu, wśród plonów. Wierzyła, że gdy je opuszczą malec poczuje się lepiej, a przynajmniej to stężenie trujących oparów (bo podejrzewała, że z tym mają do czynienia) znacząco zmaleje.
Jak tylko dotrze do miejsca, gdzie zboża ustępują miejsca leśnej ściółce uklęknie, położy ostrożnie myszkę na swoich kolanach i zacznie wlewać jej do pyszczka zawartość jednej z licznych fiolek, które nosi u paska. To wyciąg z drzewoszedza oraz lepistii białej, które mają działanie lecznice. Ich mieszanka powinna zadziałać odtruwająco, szczególnie, że została też stosunku szybko podana.
- Luke, jak wychodziliśmy na pola widziałam w oddali ludzi wylewających coś na pola. Leć do nich i podsłuchaj o czym rozmawiają. Może to ma coś wspólnego z tym, co się stało Buhrowi! - W ukryciu głaskała delikatnie myszką i dosłownie z sercem na dłoni modliła się do Wielkiej Matki, żeby jeszcze nie zabierała od niej jednego z najważniejszych przyjaciół. Chwilowo Keegan i Valoo musieli radzić sobie samodzielnie.

Fristron
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Valoo
Valoo zmierzył orka wzrokiem. Przybysz nie wzbudził w nim ani trochę zaufania swoimi gładkimi słowami. Appazi poznał się na tym, że jego rozmówca był ani chybi nicponiem pierwszej wody i do tego stosującym złej jakości, nieprzyjazne dla środowiska naturalnego farby.
Nie znaczy to jednak, że nie można go było mieć po swojej stronie.
- Retyjejkupanie, przepraszam strasznie za całą tą sytuację ze spłoszonym koniem... Nie spodziewałem się trafić w sam środek takiej akcji - odpowiedział lekko poddenerwowanym, przejętym tonem. Jego miły, melodyjny głos był jakby w kontraście do okropnego charkotu orka. Valoo odgarnął sobie grzywkę z czoła i zaśmiał się perliście, machając do orka, żeby czasem nie przyszło mu do głowy podawać mu ręki. – Ani rozbijać całej buteleczki perfum. Pięć nimnarów poszło w diabły! Ja? Nie, mi nic nie jest, mam się całkiem dobrze. A może mógłbym poczuć się jeszcze lepiej. Towar, który wieźliście, ten który gruchnął obok mnie… ma znajomy zapach. – Powiedział Valoo, a oczy zaświeciły mu się z żądzy.

Gruby
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Tak jak Valoo mierzył orka wzrokiem, tak ten zaczął odwzajemniać spojrzenie. Jego oczy na chwilę przestały patrzeć "w przestrzeń", a zzezowały się na malarzu, jakby próbował go ocenić. Wydawać się mogło, że jego chusta poruszyła się w uśmiechu:
- Cieszę się, że nic ci nie jest przyjacielu. I nie dziwię się, że się nie spodziewałeś...
Kaptur poruszył się, tak jakby ork marszczył brwi. Jego spojrzenie znowu stało się jakby nieobecne, a ton się zmienił. Nadal mówił jak oprych, próbujący udawać arystokratę, ale w jego głosie pojawiło się ostrzeżenie, a nawet groźba:
- ...bo nie wyglądasz na kogoś, kto powinien tu być. Wyglądasz na kogoś, kto nie powinien wtykać nosa w nie swoje sprawy, jeśli nie chce...

- Pomocy! Ona mnie zabije!
- CO DO KURW...!
ŁUP! Z oddali, z miejsca gdzie poleciała krasnoludka, rozległ się najpierw krzyk, a potem głośne łupnięcie... i niepokojąca cisza. Ork nie dokończył tego co chciał powiedzieć, tylko wyciągnął głowę, wbijając spojrzenie w rów. Po tym bez słowa, ignorując Valoo, trzasnął cuglami i ruszył konia w tamtym kierunku, wyraźnie zaniepokojony. Ominął malarza, a ten mógł dojrzeć w końcu co znajduje się na zadzie ogiera. Był tam kolejny malunek z namalowanym końskim łbem, ale otoczony też bardziej precyzyjnymi, jakby narysowanymi pędzlem symbolami i znakami - bez wątpienia magicznymi. Valoo nie potrafił odczytywać podobnych rytów, ale wyglądało to tak, jakby oznaczono albo zaklęto czymś wierzchowca. Appazi znalazł się w dogodnej pozycji do tego by zaplanować dalsze działania. Druidka gdzieś umknęła, chyba coś działo się w rowie, ork przestał zwracać na niego uwagę, miał podwędzony list, który mógł skrywać jakieś informacje... a jego ubrania były w fatalnym stanie. Ech, i co teraz...

- Pomocy! Ona mnie zabije!
Krzyknął Keegan, dając sus w tył.
- CO DO KURW...!
Ryknęła krasnoludka, kiedy jej noga omsknęła się na śliskim szczurze. Keegan z fascynacją, przerażeniem, satysfakcją lub niedowierzaniem mógł patrzeć, jak zgodnie z planem, rudowłosa furiatka przewala się do tyłu, uderzając podstawą czaszki o głaz. Dało się usłyszeć głuche łupnięcie, a ciało kobiety przeszedł spazm... po czym się rozluźniła. Włosy zasłoniły jej twarz, nie było widać jej pośmiertnej miny. Cóż za szczęście. Cóż za niefortunny wypadek. Wcześniej mogła zlecieć z konia i wbić się niczym bełt w ziemię i nic jej nie było, a wystarczył jeden, pechowy krok, aby uciszyć ją na dobre.

Pszczoły wystraszone całą sytuacją rozproszyły się bzykliwie, po czym czmychnęły do lasu. A duchy szczurów zaczęły cicho, miarowo piszczeć, tak jakby się... śmiały? Tak, to zdecydowanie był złośliwy chichot. Po czym jeden po drugim, z cichym "puf", poczęły znikać, aż w zasięgu wzroku młodego łotrzyka nie było ani jednego. Keegan poczuł jak żołądek mu się skręca. Pozbył się jednego zagrożenia, ale ork na wozie właśnie nadjeżdżał, a i brat Klynne zaraz zapewne wróci, kiedy tylko opanuje konia. W dodatku miał gdzieś z tyłu głowy, że o ile wcześniej pan Raubo ścigał go za utracenie dochodowego kontraktu, to teraz dojdzie gorsza, o wiele poważniejsza uraza. I pewnie nikt z krasnoludzkich familii nie przyjmie wyjaśnienia, że "to tylko wypadek". Tak czy siak, teraz miał inne rzeczy, którymi musiał się martwić. Siedział w rowie, a orczy woźnica zbliżał się nieubłaganie.

Tymczasem Dahlien porwała w swoje rączki biednego Buhra i pędząc niczym wicher, wybiegła z terenów polnych do lasu. Zwierzątko bez wątpienia było czymś zatrute, bardzo słabo oddychało i wyglądało, jakby miało koszmary albo bardzo cierpiało. Myszka z trudem popiskiwała. Druidka przyjrzała się Buhrowi uważnie, napoiła go naparem odtruwającym i po chwili obserwowania "pacjenta" zdała sobie sprawę z tego, że... nie wie do końca co mu jest. To nie była zwyczajna trutka czy jakiś toksyczny wyciąg z roślin, którym można by pozbyć się gryzoni. Zwierzątko na pewno było w jakiś sposób skażone, ale czym? Trudno określić. Napar odtruwający troszkę osłabił cierpienie Buhra, ale na pewno go nie wyleczył - co najwyżej opóźnił nieuniknione. Dahlien nie wiedziała czy zna jakieś zaklęcie, które pomoże. Mogła spróbować troszkę ulżyć w cierpieniu Buhrowi i opóźnić śmiertelne działanie substancji, mogła spróbować go zbadać z pomocą czarów. Albo... w pobliżu w końcu znajdowały się osoby, które możliwe, że odpowiadały za stan jej przyjaciela. Może trzeba się zająć orkiem i krasnoludam... krasnoludem?

Luke pomknął ku uprawiającym ziemię rolnikom i uchodźcom, próbując wybadać co się dzieje. Nim wróci z informacjami minie chwilka.
Gruby - ork; pięściarz, pracownik fizyczny. Tłusty i obelżywy o abominalnej aparycji.
Ekwipunek: ubrany tylko w pas, portki w biało-czerwone pasy, skórzane buty i z tkaninąna nadgarstkach. Za pasem sakwa i krótki nożyk. Pierś naga z obłym cycem.

Awatar użytkownika
Dahlien
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Dahlien
Klęcząc na leśnej ściółce wzywała w myślach wszystkie znane sobie bóstwa, żeby tylko któreś z nich pomogło jej mysiemu przyjacielowi. Głaskała go i przemawiała delikatnym głosem, lecz stan Buhra wcale się nie polepszał. Lecz dziewczyna nie zamierzała się poddać. Zbyt wiele czasu ze sobą spędzili i byli zbyt zżyci ze sobą nawzajem, żeby teraz go opuściła w potrzebie. Poza tym to nie było w jej stylu! Jako Uzdrowicielka Natury musiała sprostać zadaniu.
Skoro standardowe sposoby nie pomogły pozostawało jeszcze wierzyć, że ta dziwna zaraza ma jakieś magiczne podłoże. Niziołka zamknęła na chwilę oczy skupiając się. Wzięła głęboki wdech, uspokoiła do tej pory pędzące niczym przerażony zając serce, opanowała myśli. Kiedy na nowo podniosła powieki nie widziała już tylko leśnej zieleni. Wchodząc w stan Drugiej Uwagi widziała płynące dookoła nurty eteru, jego naturalny przebieg jak i wszelkie zaburzenia z nim związane. Szukała skazy, która mogłaby powodować stan jej przyjaciela.
Teraz nie liczyło się już nic innego. Zapomniała o Keeganie oraz nieznajomym jej mężczyźnie o ciemnej karnacji, którego wcześniej Luke "naznaczył". Musieli radzić sobie sami. Będąc chwilowo bezpieczna straciła zainteresowanie krasnoludami oraz orkiem, którzy raczej nie byli przychylnie nastawieni.
Otaczał ją las, a więc i dookoła musiało być pełno eteru ziemi. Tego, który odpowiadał za więź ze zwierzętami, regenerację, odmładzanie czy inne mechanizmy ciała. Podtrzymując Buhra jedną ręką zaczęła odsuwać ściółkę, by dojść do ciemnej ziemi, która była matką wszelkiej roślinności. To w końcu przez nią otrzymywali dary życia. Delikatnie ułożyła myszkę na niej, by następnie wyciągnąć z sakiewki zioła, jagody różnego typu, orzechy i korzonki. Gołymi dłońmi zaczęła odgarniać ziemię tak, by na okręgu wokół gryzonia wykopać w równej odległości niewielkie dołki, w środku umieszczając po jednym z każdego rodzaju darów. Po ich zakopaniu prostym patyczkiem dookoła gryzonia rozrysowała kręgi magiczne. Kładąc dłonie na okręgu zaczęła się modlić.
- Aleido, nasza Pramatko. Usłysz wołanie swych dzieci i pomóż im w potrzebie. Iselio, Pani Życia, odwlecz to co nieuniknione. Merio, Pani Końca, wstrzymaj się z przybyciem. Mystysie, nasz Praojcze, cofnij koła czasu do momentu, gdy krzywdy nie zostały wyrządzone. - Zebrała płynący dookoła eter natury, by następnie skierować go Buhra. - Nito, Bogini Równowagi. Spraw, by to małe ciało na nowo zharmonizowało się z duszą.
Z głębi swego serca miała nadzieję, że uda jej się odegnać zło i uratuje mysiego towarzysza.

Karv
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Keegan
Przez umysł Keegana przemknęła lawina myśli. To, co jeszcze chwilę temu zdawało mu się świetnym pomysłem, teraz jawiło się bardziej jako podpisany na siebie samego wyrok śmierci. Był tu, obok martwej krasnoludzicy i nc nie wskazywało, by szukający go oprawcy chcieli słuchać jego wyjaśnień.

Dość uciekania, pomyślał nagle. By uniknąć długich ramion gniewu pana Raubo, musiałby opuścić Nimnaros i tę część Calivanu. A na to nie miał najmniejszej ochoty. Był stąd. Tu był jego dom.

Przemógł strach i rzucił się do martwej kobiety. Chciał zrobić to, na czym znał się najlepiej - przeszukać jej kieszenie w nadziei, że znajdzie coś pomocnego.

Spostrzegł siekierkę. Zacisnął dłoń na trzonku, zważył broń w rękach. Nie miał doświadczenia w walce z użyciem tego typu broni, czuł jednak, że gołymi pięściami wskóra jeszcze mniej.

Potem chwycił jeszcze za kamień. Zrobiło mu się wstyd na samą myśl o tym, co zamierzał zrobić, ale swoje zdrowie cenił wyżej niż życie innych istot - dowód leżał zresztą i jego stóp.

Spróbował szybko wygramolić się z rowu, po przeciwnej stronie niż nadjeżdżający na wozie napastnik. A potem czekał. Czekał, a serce waliło mu w piersi niby dzwon. Chłopakowi zdawało się, że aż widzi pulsowanie guzików na rytmicznie podskakującej klatce piersiowej.

Gdy ork był wystarczająco blisko, Keegan ryknął - choć zabrzmiało to raczej jak pisk ranionego ptaka. Chciał odwrócić uwagę woźnicy od rowu. Zaraz jednak musiał zrobić coś, by zdezorientować także konia.

Po to był mu kamień. Zamachnął się i cisnął w stronę nadbiegającego zwierzęcia. Nie liczył, że je powali. Chciał jedynie, by się potknęło, zmyliło krok na tyle, żeby nie zdołało w porę wyhamować przed rowem.

Siekierka w spoconej dłoni czekała na rozwój wydarzeń.

Fristron
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Valoo
Valoo zmarszczył brwi, widząc że ork zachowuje się - zgodnie ze swoją aparycją a wbrew wymowie - zgoła nie po dżentelmeńsku, odjeżdżając w środku groźby. Ot, po tym poznać pana od chama, pomyślał sobie: pan ma chociaż przyzwoitość dokończyć myśl, kiedy mówi że chce ci powybijać zęby.
Malarz nie byłby jednak dobrym portrecistą dla (w większości nieszczególnie atrakcyjnej) nimnarejskiej klasy wyższej gdyby łatwo się poddawał. Inaczej nie wykonałby zlecenia od Lady Lynnstrum, która poprosiła o solowe portrety każdego ze swoich ośmioraczków, a które wykonywać musiał w sali tuż obok kuchni gdzie służąca kwasiła wyjątkowo śmierdzącą kapustę. Poza tym, tutaj chodziło o paj. Valoo gwizdał sobie więc na urwaną groźbę orka (w duchu, na głos trochę się bał, szczególnie jak zobaczył magiczne runy na zadku konia) i postanowił wcisnąć swój nos dokładnie tam, gdzie nie należy.
Rozważywszy swoje opcje, stwierdził że lepszy list w garści niż beczka paju na orczym wozie i dał znowu nura w zboża, żeby czasem nikt nie zauważył co robi. Tam wyciągnął list i zaczął go czytać.

Gruby
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Dahlien wzięła się za przeprowadzenie rytuału. Zebrała w sobie moc, pomknęła trzecim okiem ku prądom magii i rozpoczęła przywoływanie boskiej mocy. Eter natury pomknął ku Buhrowi, próbując dotknąć go leczącą mocą, jednak... odbił się od niego. Nie, odbił to złe słowo. Dahlien czuła się tak, jakby mimo rzucania zaklęcia, to w żaden sposób nie działało. Nie chodziło o to, że czar został źle spleciony, ani że nie był dobrze dostosowany do choroby myszki. Czuła się trochę tak, jakby jej magia w ogóle nie miała wpływu na Buhra. Tak jakby zwierzątko stało się całkowicie odporne na pozytywne efekty magii natury i ziemi.

Czy to jakiś odpowiedni dobór składników? Magia użyta przez kogoś innego? Klątwa? Coś czym zatruł się Buhr było na swój sposób wyjątkowe. To było coś, z czym Dahlien nie miała dotąd do czynienia. Każdą złą czy plugawą magię dało się odepchnąć z pomocą czarów "dobra". Ale to nie było nawet złe. Tak jakby z Buhra wyciągnięto całą więź z naturą? Jakby już nie było zwierzęciem?

Druidka nie potrafiła określić, ale sam stan jej towarzysza i to, że nie była mu w stanie mu pomóc, było czymś zupełnie nowym dla niej. Dzięki użytej przez niziołkę magii, zwierzątko prawdopodobnie przetrwa dzień lub dwa, ale jeśli ta nie znajdzie głębszej przyczyny problemu, to podzieli ono los swych pobratymców.

W głowie Dahlien coś zaświtało. Chwila, czy ostatnio nie spotkała się z notatkami kogoś, kto miał podobny problem? Kto z pomocą magii natury próbował kogoś bezskutecznie uleczyć? Może to podobna sytuacja... Parę mrugnięć oczętami i jeszcze jedna myśl, wspomnienie. Kiedyś, ktoś opowiadał jej o orku, który nienawidził zwierząt i był wynajmowany, aby je zabijać. Najemnik, któremu żaden druid wolał nie stawać na drodze, bo był wobec niego bezsilny. Nie pamiętała szczegółów historii, ale brzmiało to jak pewien trop... Trop, który mógł być bardzo blisko...


...


Keegan przemacał zwłoki krasnoludki w poszukiwaniu jakichś fantów. Nie znalazł niczego mocno przydatnego, poza wetkniętą za pazuchę niecodzienną monetę. Znajdowała się na niej z jednej strony głowa psa z zasłoniętymi opaską oczami, a z drugiej wyryty napis "WIERNY". Dziwna rzecz do noszenia przy sobie. Zdobył też siekierkę oraz kamień, który rychło poszedł w ruch!

Ork podjechał spokojnie wraz z koniem na kraniec rowu, gdy wtem, w pysk zwierzęcia rąbnął kamulec. Ogier zarżał żałośnie i zaczął stawać dęba, niechybnie zwiastując szybkie przewalenie się na dół. Jednak stało się coś dziwnego. Woźnica szybko się wychylił i dwoma, szybkimi ruchami przekreślił coś na końskim zadzie. Koń nagle zamilkł, jego nogi wróciły do poprzedniej pozycji. Stał teraz nie drgając, ani nie rżąc. Patrzył pustymi oczyma na Keegana, a w jego wzroku nie było ani odrobiny rozumu czy strachu. Z pyska ciekła mu krew, która kapała obficie na ziemię.

Ork cmoknął z niezadowoleniem, i ciągle siedząc w powozie, znowu zanurzył ręce w swojej szkatułce, która leżała przy nim. Te znowu pokryły się czarną i fioletową mazią.
- Sprawy się trochę skomplikowały.
Skwitował, po czym zaczął mruczeć coś pod nosem i układać dłonie w znaki. Powietrze wokół niego zaczęło trzaskać energią. Uch... czy ten ork był magiem? Trzeba albo brać nogi za pas, albo jakoś go rozproszyć, nim dokończy inkantację. Albo spróbować jakiegoś innego występu. Tak czy siak, sądząc po kłębiącej się wokół niego energii, nie wydawał się być typem czarodzieja, który bardzo długo zbiera siłę na użycie magii.


...


Jedna zajmuje się przyjacielem w agonii, drugi walczy na śmierć i życie z orczym magiem... a Valoo mógł docenić to, że ludzie listy piszą. Siedząc pośród smaganych wiatrem łanów zbóż, zagłębił się w lekturę. List był zaskakująco długi i posiadał parę cennych informacji, a kierowany nie był chyba do krasnoludki, która go zgubiła, a do jej brata. Brzmiał tak...

"Kochany kuzynie,

weź siostrę i stawcie się co świt w Labiryncie, dnia (tu napisany był dzień bieżący), tam gdzie ostatnio się widzieliście z moją wnuczką. Dołączycie tam do orczego maga, Glifosa, razem z którym przewieziecie towar poza miasto. Nie denerwujcie go i nie skaczcie mu do gardła, to niebezpieczny typ, nawet dla was. Będzie przy wozach z beczkami. Nasi hojni przyjaciele obawiają się, że ich wrogowie zaczną działać. Trzymajcie się z dala od szczurów, Glifos się nimi zajmie, starajcie się go osłaniać i przede wszystkim PILNUJCIE ŁADUNKU.

Jeszcze raz przesyłam wam rysopis tego małego gnojka, przez którego straciliśmy kontrakt u Larsa. Jak go znajdziecie to najpierw skopcie mu dupę, a potem przyprowadźcie do mnie. Nasi hojni przyjaciele o dziwo również chcą go dostać w swoje ręce. Postarajcie się go nie zabić i niech na miłość bogów, Klynne nie urywa mu jaj.

Wpadnijcie do mnie jutro i dajcie znać jak poszło. Nie przychodźcie dzisiaj, jestem poza domem i nastraszycie mi wnuczkę.

Ściskam i całuję,
Raubo"


List opatrzony był rysunkiem Keegana - mało wprawnym i karykaturalnym, ale takim po którym nawet Valoo, który nie miał okazji mocno się przyjrzeć chłopakowi, mógł go poznać. Ale malarz kojarzył coś jeszcze. Imię autora listu - Raubo. Malował kiedyś dla niego.

Zapamiętał go raczej jako niezbyt bogatego klienta, starego krasnoludzkiego dorobkiewicza z wężem w kieszeni, który stał mu za plecami i sapał w dupę, bo wyżej nie sięgał. Chciał aby narysować portret jego wnuczki na punkcie której miał fioła. Ostatecznie robota była długa, krytykowana przez zleceniodawcę mimo wybitnego kunsztu i opłacona "tak se", przez co Valoo zapamiętał imię oraz miejsce zamieszkania tego nieciekawego jegomościa. Więc to on dyrygował kwestią dostawy tajemniczych beczek z dziwną, pachnącą pajem substancją... ta informacja może się przydać. Tylko jak ją wykorzystać? Pójść po prostu do Raubo i powiedzieć mu, że jeśli nie da paju to jego knowania wyjdą na jaw? A jeśli będzie groźny? I chyba w dole, gdzie pojechał ork i gdzie przed chwilą krzyczeli tak krasnoludka, jak i chłopak ze snów, właśnie wydarzyło się coś przykrego... co nie daj bogowie, zostanie powiązane z Valoo. Co w takiej sytuacji powinien zrobić?
Gruby - ork; pięściarz, pracownik fizyczny. Tłusty i obelżywy o abominalnej aparycji.
Ekwipunek: ubrany tylko w pas, portki w biało-czerwone pasy, skórzane buty i z tkaninąna nadgarstkach. Za pasem sakwa i krótki nożyk. Pierś naga z obłym cycem.

Karv
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Keegan
To nie tak miało wyjść. Och, nie tak. Do Keegana nie docierało jeszcze w pełni, że właśnie stał się pośrednio odpowiedzialny za śmierć myślącej istoty. Waga tych wydarzeń, decyzji które podjął, z pewnością spadnie na niego, gdy znajdzie czas, by się nad tym zastanowić.
O ile będzie mu dane znaleźć jeszcze czas na cokolwiek innego niż umieranie.
Chłopak ściskał w dłoni dziwną monetę z psem. Czuł zbierający się w zaciśniętej pięści pot. Poczuł, że przyspiesza mu oddech. Przez kilka cennych chwil patrzył w milczeniu na orka, wokół którego zaczęły pojawiać się pierwsze magiczne wyładowania. Keegan nie był może szczególnie biegły w magii, ale nie trzeba ukończyć uniwersytetu, by zrozumieć, kiedy dzieje się coś niedobrego. Trzaski i błyski w powietrzu zdecydowanie to zwiastowały.
Wiedział już, co najpewniej zrobi. Ucieknie, jak setki razy wcześniej. Jednak zanim zerwał się do biegu, dał sobie jeszcze jedną szansę. Jedną okazję, by coś zmienić. Rozejrzał się dookoła, szukając w pobliżu migocących sylwetek szczurów. Zadeklarował się jako ich dłużnik. Czy pozwoliłyby mu teraz umrzeć?

Fristron
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Valoo
Valoo zacmokał. Kawałki chaotycznego obrazka zaczynały mu się układać. Zwiewający dzieciak wkurwił Raubo, a ten nasłał na niego swoją rodzinkę. I wszystko to było jakoś najwyraźniej powiązane ze szczurami. Szczurami, które cały czas pojawiały się na jego obrazach. Na oko, pachnąca pajem substancja miała z nimi jakiś związek, a ork - Glifos - zajmował się jej dystrybucją.
Brzmiało to jak całkiem niezła kabała. Całe szczęście nie jego. Dlatego Valoo otrzepał powoli ciuchy z pyłu, zarzucił torbę na ramię i ruszył z powrotem do swojego stosunkowo normalnego, spokojnego i przede wszystkim pozbawionego orczych magów życia w Nimnaros.

A przynajmniej chciał to zrobić. Całym sobą chciał się nie pakować w kolejne tarapaty dopóki nie poukładał sobie jeszcze poprzednich.

A jednak...

Valoo wzdrygał się przed myśleniem o tym za dużo, ale malowane w półprzytomnym stanie obrazy naprawdę go martwiły. Te, które się stawały rzeczywistością też. Obecna sytuacja pachniała katastrofą, ale była też pierwszą sensowną poszlaką jaką miał do poukładania sobie tego wszystkiego. Jako bonus w tym wszystkim tkwiła obietnica paju.

Wychynął z łanów zboża, żeby zorientować się w sytuacji. Glifos zatrzymał się na wozie przed chłopakiem i najwyraźniej zamierzał lada chwila zamienić go w ropuchę, czy jaki tam rodzaj szkoły sprawiania innym przykrości opanował. I choć Valoo bardzo nie chciał narobić sobie kłopotów, czuł jednak pewien wewnętrzny sprzeciw wobec perspektywy zropuszenia dzieciaka. W tym momencie momencie spojrzał na zadek konia przyozdobiony runami i do głowy wpadł mu bezmysł.

Zatrzymajmy się tu na chwilę, by wytłumaczyć o co chodzi. Valoo miewał pomysły regularnie, jak każdy. Czasami jednak miał również pomysły doszczętnie durne, właściwie samobójcze, o czym doskonale wiedział już w chwili kiedy się pojawiały. Tak jak kiedy w zeszłym miesiącu próbował upić pewnego postawnego sternika, na pierwszy rzut oka porządnego morskiego wilka, licząc że puszczą mu pewne granice. Kiedy kilka godzin później sternik, nadal idąc zupełnie prosto, pomagał wynieść półprzytomnego, lecz ryczącego wniebogłosy "Magiczkę z malinką" Valoo z karczmy, malarz nie był w ogóle zaskoczony takim rozwojem wypadków. Wiedział, że to się skończy źle, ale nie umiał się powstrzymać. Miał taki bezmysł, musiał go wykonać, i już.

Teraz też właściwie mógł tylko obserwować, jak wyciąga z torby swój magiczny pędzel, macza go ostrożnie, tak żeby się nie ochlapać, w rozlanej, pachnącej pajem substancji z rozwalonej beczki i podkrada się do wozu, aby poprzerabiać runy, dokładając tu kreskę, tam daszek...

Awatar użytkownika
Dahlien
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Dahlien
To było dziwne... złe? Nie do końca. Dziewczynę zszokował fakt, że nie mogła komuś pomóc. Do tej pory miała niezachwianą wiarę w swoje możliwości, lecz teraz czuła się zagubiona. Pierwszy raz jej działania nie przyniosły zamierzonego efektu. Gdy rytuał nie wyciągnął z Buhra... tego czegoś, ona poczuła łzy w oczach. Chwyciła myszkę ostrożnie w dłonie i przytuliła go do siebie.
- Nie możesz umrzeć... co ja bez Ciebie zrobię? Pomogę Ci, obiecuję. Tylko błagam, przeżyj do tego czasu. - Włożyła gryzonia z największym namaszczeniem do torby owijając go w jego ulubiony kawałek materiału, ramieniem otarła twarz z łez i ruszyła przed siebie.
Szła bezmyślnie. Nie ukrywała się już, wyprostowana przemierzała drogą oddzielającą ją od miejsca, gdzie była reszta. Wypatrywała jeszcze Luke'a, bo w końcu ten miał mieć dla niej informacje. Jeśli by się zjawił przed konfrontowaniem się z orkiem najpierw wysłuchałaby ptaszka.
Miała mętlik w głowie. Czy to tak czuł się druid, którego ducha nie tak dawno odesłała do krainy Bogini Księżyca? Przestraszony, niepewny, a jednocześnie zdeterminowany, żeby zrobić wszystko dla ukochanej osoby? Jego siostra była nieuleczalnie chora, a teraz Buhr miał podobny problem. Gdyby tylko doczytała jego notatki do końca... Nie miała nawet pomysłu, kto mógł je ukraść. Coś zaburzało więź z ziemią, a ją teraz naszła myśl, że tamten druid przecież chciał chronić zwierzęta właśnie przed "wpływem natury", cokolwiek miał na myśli.
Idąc z kierunku lasu w końcu zobaczyła orka jadącego w stronę Keegana. Uniosła rękę wskazując palcem woźnicę, lecz to był tylko sposób, żeby ten zwrócił na nią uwagę.
- Ty! Ty wiesz co się tutaj dzieje! Dlaczego tak ranisz tych, którzy sami nie mogą się bronić? Dlaczego krzywdzisz zwierzęta?! Nie mogę ich ocalić... DLACZEGO?! Co im zrobiliście, że teraz mają umrzeć?! - Głos jej zadrżał, a Keegan pierwszy raz mógł zobaczyć niziołkę w takim stanie. Do tej pory wiecznie radosna dziewczyna w tym momencie stała roztrzęsiona, zagubiona i wyraźnie zmartwiona. Do tego idealnie wystawiona na widok wszystkich dookoła ściągając na siebie ich uwagę.

Fristron
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Mijały sekundy. Glifos kreślił w powietrzu znaki palcami pokrytymi fioletową mazią. Ślady po jego ruchach zostawały w powietrzu, układając się w znaki tajemne którymi, jak nabierał przekonania Keegan, wypisana była jego rychła zguba. Chłopak w tym czasie „nasłuchiwał” pozazmysłowo, czy nadciąga z pomocą kawaleria na małych, niematerialnych łapkach. Nie nadciągała. Widział tu i ówdzie jarzące się, czerwone oczka dostrzegalne pośród upraw, ale duchom szczurów widać nie spieszyło się do konfrontacji z orkiem.
I wtedy runa którą rysował Glifos rozjarzyła się w powietrzu. Nim Keegan mógłby zdecydować o ucieczce lub nie, z glifu buchnął rozżarzony promień i walnął go w prawe ramię. Chłopak przewrócił się, czując straszny ból w całej ręce. A potem przestał ją czuć w ogóle. Przez chwilę myślał w panice, że promień mu ją po prostu odciął, ale na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Wyglądało na to, że „tylko” stracił w niej czucie.
Już miał odetchnął z ulgą, kiedy zorientował się, że ręka zaczyna drgać, zupełnie niezależnie od jego woli. Te ruchy nabierały na sile; po chwili wiła się już niczym wąż i Keegan mógłby przysiąc, że słyszy dobiegający z niej syk. Nagle rzuciła się do jego gardła i zaczęła go dusić. Keegan słyszał gdzieś nad nim pełen samozadowolenia pomruk orka. Ten nagle jednak zagłuszył jakiś mrożący krew w żyłach jazgot.

Samobójcza misja Valoo zakończyła się niespodziewanym… sukcesem? Podkradnięcie się do wozu nie było żadnym wyzwaniem: Glifos był w pełni zajęty Keeganem i nie zwracał wielkiej uwagi na to, co się dzieje dookoła. Jednak dotarcie do zadka konia tak, żeby woźnica nie zauważył to była zupełnie inna historia. Malarz przeczołgał się przy ścianie wozu (brudząc swój już wcześniej udekorowany przez Luke’a płaszcz, klnąc w myślach na czym świat stoi i obiecując sobie, że już nigdy nie postawi stopy poza murami Nimnaros) i kiedy był już przy stanowisku woźnicy, nagle wstał i zamachnął się pędzlem w stronę namalowanych na końskim rewersie magicznych oznaczeń. Skupiony na zaczarowywaniu ręki Keegana ork potrzebował ułamka sekundy, żeby zareagować na zaskakujący zwrot akcji i ten ułamek wystarczył, aby pachnąca pajem substancja wylądowała na malunku, lekko go rozmazując.
Maź którą stosował ork migotała wcześniej lekko, jakby dla potwierdzenia swoich magicznych właściwości; jednak w chwili kiedy dotknęła jej ciemna substancja, malunek natychmiast wyblakł. Glifos w odwecie gniewnie zamachnął się ręką na malarza, zostawiając na jego policzku, włosach i brodzie smugę mazi. Ta natychmiast zaczęła potwornie palić appaziego. Krzyknął, wypuścił z rąk pędzel i złapał się za głowę, mając wrażenie że coś wwierca się w jego czaszkę.
Krzyk utonął jednak w nieludzkim, potwornym rżeniu konia, którego oczy znowu ożyły. Może nawet aż za bardzo: były teraz pełne szaleństwa. Ranny, osunął się na bok, tocząc z pyska pianę i wydając z siebie najbardziej przerażającą wariację na temat rżenia, jaką można sobie wyobrazić: wysoki, niemal piskliwy charkot, który przypominał przejechanie igłą po szybie przeszedł we wzbudzające lęk w trzewiach rzężenie. Jasne było, że zdycha, i to w okropnych męczarniach.

Taka oto orkiestra powitała Dahlien kiedy ta wróciła z lasu, aby nawymyślać orkowi. Druidka, wybiegając na pola, znowu poczuła odpływ sił, jakby moc natury z której zwykle czerpała znajdowała się tutaj za zasłoną, dużo bardziej niedostępna niż nawet w sercu miasta. Mimo to krzyczała wniebogłosy aby wyrazić swój żal i gniew. Jednocześnie powoli rejestrowała wzrokiem rozciągający się przed nią obraz nędzy i rozpaczy: udręczone zwierzę konające przez rozkraczonym wozem orka; leżącego i najwyraźniej próbującego udusić samego siebie Keegana; chwiejącego się na nogach i trzymającego kurczowo za głowę appaziego; i wreszcie samego orka, który zareagował na krzyki niziołki i podniósł wzrok w jej stronę.
– Nie mogą się bronić? – zapytał, cedząc słowa przez zęby. – Wiesz, że mówisz w imieniu tych, którzy ciągle knują i niszczą? A teraz, kiedy wreszcie ktoś ich ogrywa w ich grze, chcesz z nich robić ofiary? Wolne żarty!
Choć nadal mówił jakby wsadzić słowa szlachcica do gardła zbira, po wcześniejszej dziwacznej kurtuazji nie było już śladu. Glifos był wyraźnie zły, i gotów tę złość wyładować na Dahlien.
Ostatnio zmieniony 14 sie 2022, 10:44 przez Fristron, łącznie zmieniany 1 raz.

Karv
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Keegan
Keegan spanikował. Grożono mu, owszem, niejednokrotnie. Bito go. Kilka nocy spędził w zamkniętych pomieszczeniach, do których trafił wbrew własnej woli. Ostatnio zdarzyło mu się nawet skonfrontować z duchem czarodzieja. Nigdy dotąd nie padł jednak ofiarą klątwy czy zaklęcia. Aż do teraz.

Z przerażeniem chwycił się za nadgarstek, próbując odciągnąć zbuntowaną rękę od własnej szyi. Bezskutecznie. Kończyna zupełnie wyrwała się spod kontroli, a uścisk na szyi był tak silny, że w innych okolicznościach złodziejaszek z pewnością pogratulowałby sobie tężyzny fizycznej.

Nie miał czasu, by zastanowić się nad tym, co robi. Z każdą chwilą coraz bardziej brakowało mu powietrza. Mogąc mieć tylko nadzieję, że to pomoże, sięgnął do paska po kozik i spróbował wbić go w nie-własne przedramię. Choć utracił kontrolę nad ręką, towarzyszące zadawaniu tego ciosu uczucie i tak było niezwykle dziwne. Keegan nie miał jednak czasu, by zaplanować coś innego. Pozostawała nadzieja, że wstrząs wywołany nagłym bólem pozwoli, by choć utracił świadomą kontrolę, zadziałały procesy nieświadome, odruchy. Liczył, że ból będzie na tyle silny, by przedarł się do nerwów i zmusił je do bezwarunkowego cofnięcia ręki.

Awatar użytkownika
Dahlien
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Dahlien
Druidka spojrzała z bólem serca na męki konia. Żadne żywe stworzenie nie zasługiwało na śmierć pełną cierpienia, dlatego wyciągnęła dłoń z jego kierunku i przed pyskiem rumaka wyrosła pokraczna roślina. Po kilku sekundach jej pąk otworzył się ukazując przepiękny jaskrawy kwiat, zaś gdy zawiał wiatr jego pyłek spadł na pysk zwierzęcia. Była to arboruzja, wykorzystywana przy tworzeniu trucizn, a w śladowych ilościach stanowiła składnik leków uśmierzających. Przy takiej dawce jednak koń powinien paść bez zbędnego bólu.
Dziewczyna następnie spojrzała na Keegana oraz Valoo. Ci o dziwo nie przedstawiali sobą lepszego widoku, co w sumie dość źle o nich świadczyło. Byli o wiele bardziej inteligentni od zwierząt, tak więc powinni być w stanie albo się obronić albo uciec z dala od zagrożenia. A co oni zrobili? Rzucili się bezmyślnie do walki z o wiele silniejszym przeciwnikiem. A podobno to ona była szalona.
Wtem ork powiedział coś, co całkiem nie miało dla niej sensu. Zmarszczyła brwi wyraźnie analizując słowa mężczyzny, który aż się obruszył na nazwanie gryzoni bezbronnymi.
- Knują? Co masz na myśli... Przyszły do mnie prosząc o pomoc, bo ponoć ktoś je zaczął masowo wybijać. Gdy przyszłam na pola faktycznie okazało się, że pokryliście je jakimś rodzajem trucizny. - Przerwała patrząc znów na Keegana, który walczył o każdy oddech. Valoo może i cierpiał, ale jego życiu na razie nic nie groziło.
- Proszę, zostaw chłopaka. Nic Ci po jego śmierci. Dlaczego robicie to wszystko? Chcę uratować przyjaciela, który jest dla mnie bardzo ważny. On niczego z nikim nie knuje, bo cały czas przebywa ze mną w lesie.
Może i owszem, mogła walczyć z każdym kogo spotka, ale po co? Być może da radę się czegoś dowiedzieć? Pogadać? Szczególnie, że według orka to gryzonie były tymi złymi. Wtem jej się przypomniało, że w mieście duch druida też twierdził, że szczury nie były tak niewinne, za jakie je brali. Czyżby faktycznie nie widzieli pełnego obrazu sytuacji?

Fristron
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Valoo czuł narastające dudnienie w głowie. Jasne było, że pasta, którą pomazał go ork była magiczna i właśnie zrobiła mu kuku większe niż cała noc ćpania paju. To rzekłszy, sytuacja chyba nie była beznadziejna; jakby nie patrzeć, aby zaklinać konia ork musiał mu coś malować na zadku, a tymczasem na twarzy malarza zdołał zrobić byle kreskę.
Appazi na oślep – ból przyćmiewał mu większość zmysłów – zaczął szukać w torbie menażki z wodą, żeby zmyć z siebie to diabelstwo.


Tymczasem Keegan wybrał bardziej bezpośredni tok rozprawiania się z orczą magią, dziabiąc się ochoczo w przedramię. Buchnęła krew i przez rękę przetoczył się gwałtowny spazm. Autoagresja okazała się niezłym rozwiązaniem, bo uchwyt ręki na gardle osłabł na tyle, by chłopak był w stanie się z nią siłować i odsunąć od szyi. Była teraz w bezpieczniejszej pozycji, jednak nadal wiła się delikatnie i przypominała Keeganowi drapieżcę czekającego na okazję do ataku. Mógł jednak rozejrzeć się w sytuacji: kilka kroków przed nim leżał zdychający koń. Obok jego chrap rosło jakieś zielsko. Na rozkraczonym wozie stał w gotowości do walki Glifos. Z drugiej strony dostrzegł, ku swojej uldze, Dahlien. Skończywszy walkę ze swoją ręką, chłopak mógł się skupić na tym, co mówiła:


- …chłopaka. Nic Ci po jego śmierci. Dlaczego robicie to wszystko? Chcę uratować przyjaciela, który jest dla mnie bardzo ważny. On niczego z nikim nie knuje, bo cały czas przebywa ze mną w lesie.
Mówiąc to, Dahlien obserwowała jak pyłki arboruzji lecą w stronę konającego konia… i jak zmieniają tor, aby go ominąć, jakby w obawie przed malunkiem na jego czole.
Orczy mag zmierzył druidkę wzrokiem, po czym wybuchnął pogardliwym śmiechem.
- Ty… nie masz pojęcia, kogo bronisz, prawda? – Glifos wyglądał, jakby usłyszał dobry dowcip. – O tak, nie wątpię, że przyszły prosząc o pomoc. Są świetne w wyciąganiu przysług z dobrych duszyczek, wykorzystywaniu ich i wypluwaniu, kiedy już przestają być przydatne.
W odpowiedzi na prośbę o odpuszczenie Keeganowi, ork stanowczo pokręcił głową:
- Chłopak zaprzedał duszę szczurom. Jego aura śmierdzi gryzoniami na kilometr. A te bestie już mają za dużo sługusów w mieście. Trzeba z nimi wszystkimi zrobić porządek. Jeśli zaś chodzi o twojego małego „przyjaciela”… – tu uśmiechnął się pogardliwie – gwarantuję, zdziwiłabyś się jak sprytnie te gryzonie potrafią ukrywać prawdę. Jeśli masz trochę oleju w głowie, zostawisz jego trupa tu na polu, tam gdzie jego miejsce, i wrócisz tam, skąd przyszłaś.
Kiedy ork mówił, niziołka zauważyła, że nad ich głowami krążyć Luke, niepewny, czy może podlecieć podczas potencjalnie niebezpiecznej konfrontacji.

Karv
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Keegan
Keegan ani myślał czekać, aż jego ręka odzyska sprawność. Szybkim cięciem rozpruł rękaw, a potem szarpnął mocno zdrową dłonią. Szwy puściły.

Chłopak działał szybko. Przykucnął, złapał się za nadgarstek zaklętej ręki i stanowczym ruchem przyłożył kończynę do zewnętrznej strony uda. Potem spróbował obwiązać nogę i przedramię udartym rękawem.

Jeśli starczy mu czasu, bo rozmowa orka i Dahlien się przedłuży, Keegan będzie chciał zbliżyć się do konia i zmazać dziwny symbol z jego głowy.

Awatar użytkownika
Dahlien
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Dahlien
No nie! Znowu! Kolejny raz, gdy chciała posłużyć się eterem natury coś było nie tak! Jakby każde jej działanie było negowane. Czy to dlatego żaden druid nie mógł poradzić sobie z orkiem? Coś kiedyś słyszała, lecz zupełnie nie pamiętała szczegółów. On był wrogiem zwierząt, zabijał je bez litości. Ale dlaczego? Nie rozumiała.
- Skoro nie mam pojęcia to mnie oświeć! Dlaczego mam zostawić misję, którą mi powierzyły? Nie boję się walczyć, nawet jeśli koniec końców miałabym zginąć. Taka jest naturalna kolej rzeczy, że rodzimy się i umieramy. Ale jeśli naprawdę mam zrezygnować z pomocy gryzoniom powiedz mi dlaczego? Dlaczego to wszystko robicie? Skąd w Tobie tyle nienawiści do zwierząt?
Dla niej Aleida, Wielka Pramatka, uczyniła swoją domenę idealną. Bez fałszerstwa, z prostymi zasadami, że przetrwa silniejszy. Może nie było to sprawiedliwe według ludzkich wartości, ale ludzie zawsze wszystko zbytnio komplikowali.
Słysząc jak ork odnosi się w kwestii Buhra niziołka zacisnęła pięści. Nie podobało jej się to! W żaden sposób! Chciała jednak jeszcze przez chwilę skupić na sobie uwagę maga, żeby jej towarzysze mogli wyswobodzić się ze swych problemów. Kiedy rozmawiał z nią i wyrzucał jej głupotę może nie zauważy poczynań Keegana?
- Od kiedy szczury mają jakichkolwiek sługusów w mieście? Wręcz po co oni byliby im potrzebni? Przecież to... no... szczury. Jedzą resztki pozostawione przez ludzi, chowają się w ciasnych zaułkach i rozmnażają by przeżyć. Tutaj nie powinno być nic więcej. Prawda...? - Przypomniała sobie jednak zapiski upiora, którego niegdyś spotkała. Według nich za życia jeszcze kontaktował się z "opiekunami" miejskich stworzeń jak psy, koty, karaluchy czy właśnie szczury. Czy naprawdę zmieniwszy środowisko życia zwierzęta tak się zmieniły? A może to Biały Płomień miał na nie taki wpływ? Naprawdę potrzebowała to zrozumieć, nim zacznie na poważnie walczyć z orczym magiem.

Fristron
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Glifos wykrzywił twarz w dziwnym uśmiechu.
- Zwierzęta to okrutne bestie – oznajmił. Znów mówił z dziwną, nieprzystającą do orczego gardła, arystokratyczną manierą. – Te, które żyją w mieście są okrutniejsze niż wszystkie inne. A najokrutniejsza z nich wszystkich jest nimnarejska Gildia Szczurów. Chcesz wiedzieć, co takiego robią? Proszę bardzo: aby osiągać swoje cele, gotowe są do przekupstwa, morderstwa, szkodliwych czarów, czy roznoszenia zarazy. Możesz więc zejść mi z drogi i przestać przeszkadzać w powstrzymywaniu tych szkodników, albo dalej na niej stać i ponieść tego konsekwencje.
W tym momencie Luke zaczął ćwierkać jak opętany. Z tak daleka Dahlien miała problemy ze zrozumieniem ptasiej mowy, ale dosłyszała „…próbowałem cię ostrzec!”. Niziołka usłyszała tętent kopyt za sobą. Najwyraźniej głównym celem orka w tej długiej dyspucie było zmniejszenie przewagi liczebnej, jaką nieoczekiwanie uzyskali napotkani przez nich podróżnicy.

Bayd wracał, rozglądając się czujnie. Gdzie była Klynne? Widział chłopaka – nadal nieschwytanego – i dwójkę innych osób, które mu mignęły wcześniej. Pomagający im mag był chyba w opałach. Siwy krasnolud skierował dwukółkę prosto na Dahlien, gotów ją staranować. W tym samym czasie Glifos sięgnął do leżącej obok niego skrzyneczki z pastami i zamoczył w niej palce.

Keegan sprawnie spacyfikował swoją rękę, przywiązując ją do nogi. Nie stawiała dużego oporu; możliwe że był to efekt dźgnięcia, a możliwe, że spowodowała to Dahlien, zajmując uwagę Glifosa. Unieruchomiona kończyna trochę utrudniała mu bezszelestne poruszanie, ale zdołał podsunąć się do pyska konającego konia. Malunek nie schodził jednak zbyt chętnie: chłopak musiał się porządnie naszorować (niełatwe zadanie do wykonania jedną ręką), żeby go lekko rozmazać. Wysiłek przyniósł jednak skutek i siła odpychająca rośliny przestała działać tak mocno, dzięki czemu parę pyłków arboruzji doleciało do jego chrap. Koń wreszcie przymknął oczy i wydał z siebie ostatnie tchnienie.
W międzyczasie Keegan słyszał całą rozmowę Dahlien i Glifosa. Dowiadywał się więc, że: a) ork nie zamierza mu odpuścić; b) szczury mają kiepską reputację, przynajmniej wśród orczych magów; c) mają licznych „sługów” w mieście, a on został jednym z nich. Niewesoła sprawa. I może była to kwestia pyłków arboruzji, które dostały się również do jego nosa, ale dostrzegał pomiędzy kłosami coraz więcej małych, czerwonych par oczu. Wiele z nich wydawało się powoli przesuwać w stronę największego ich skupiska, niedaleko spichlerza. Kiedy patrzył na nie, chłopak na poły wyczuwał, na poły dostrzegał tam jakiś ruch, jakby coś większego powoli sunęło w ich stronę.

Valoo, na wpół oślepiony z bólu, wymacał w torbie menażkę z wodą i potraktował swoją twarz prawie równie brutalnie co Keegan pysk konia. Miał wrażenie, że zaraz rozdrapie sobie policzek do krwi, zanim zaklęcie, od którego miał wrażenie że jego głowę ściska imadło, puściło. Wreszcie jednak poczuł, że ból zaczyna ustępować i osunął się na kolana, bliski łez. I wtedy uświadomił sobie, że po uderzeniu Glifosa upuścił magiczny pędzel.
Malarz na czworakach zaczął go gorączkowo szukać pośród kłosów. Nie mógł upaść daleko…

Karv
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Keegan
Czasem, gdy ziąb i pusty żołądek nie pozwalały mu spać, Keegan zastanawiał się nad moralnością. Czy kradzież chleba, kiedy od dwóch dni nie miało się nic w ustach, jest zła? Zwykle uznawał, że nie, jeśli nie kradnie się ostatniego kęsa innego biedaka. Teraz, słuchając słów orka, przez myśl przebiegły mu podobne rozważania.

Czy było czymś złym sprzymierzenie się ze Szczurami, jakkolwiek złej reputacji nie miały, jeśli była to jedyna szansa na ujście z życiem? Gdyby nie zrobił tego, co zrobił, tamta orczyca już dawno wycisnęłaby z niego ostatnie tchnienie i nie miałby okazji się nad tym zastanowić. Zdecydowanie wolał wątpliwą moralność od niewątpliwej śmierci.

Korzystając z tego, że orczy czarodziej okazał się wyjątkowo skory do rozmów, Keegan spróbował niepostrzeżenie przeczołgać się w pobliże wozu, by lepie przyjrzeć się temu, co dzieje się z duchami szczurów. Skierował ku nim swoje myśli - nie wiedział, jak daleko rozwinęła si ich relacja, ale jeśli istniał cień szansy na nawiązanie mentalnej więzi, nie zamierzał z tego nie skorzystać. Z duchami nigdy nic nie wiadomo.

Awatar użytkownika
Dahlien
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Karta postaci:
Dahlien
Dahlien zamrugała zdziwiona. Zwierzęta to bestie? Prędzej ludzie oraz inne rasy rzekomo rozumne! To natura była bezstronna, prosta i harmonijna. On sobie chyba żartował! Wiecznie wesoła i roześmiana niziołka teraz była wyraźnie zdenerwowana. Rozmowa z Glifosem była niczym rzucanie grochem o ścianę - całkowicie bez sensu.
Wtem zaalarmowana przez Luke'a ledwo zdążyła zdać sobie sprawę z zagrożenia, a już musiała rzucić się pomiędzy łany zboża, żeby uniknąć stratowana. Dzięki niech będą Aleidzie, że była stosunkowo niewielkiego wzrostu, to mogła się łatwo schować. Tylko te opary... musiała znaleźć miejsce, żeby się skryć i móc swobodnie oddychać. Nie mogła wrócić do lasu, bo tylko oddaliłaby się od całej sprawy, a wtedy Buhr nie miałby już żadnych szans na przeżycie.
Wtem zdecydowała. Obrała kierunek ku Spichlerzowi. Skoro ta dziwna choroba była głównie w ziemi (tak przynajmniej podejrzewała), to w budynku nie powinno być takiego natężenia trucizny. Bo to chyba była jakaś trucizna?
Luke z kolei przysiadł na ramieniu Valoo i zaczął podskakiwać. Gdyby mężczyzna nie zareagował, to złapałby w dzióbek kołnierz jego koszuli i pociągnąć lekko. Chciał mu pokazać, żeby poszedł razem z resztą. Niemądry Appazi! Gdyby tutaj został, to byłby sam z wrogiem!

Fristron
40. Eresmes, 4. ES, Ranek
Valoo szukał gorączkowo pędzla na ziemi. Nie mógł go stracić! Choć wolał myśleć, że jego ostatnie sukcesy to kwestia talentu, w głębi ducha doskonale wiedział, skąd się wzięły i czego należy pilnować. Po chwili gmerania po ziemi jego długie palce natrafiły na trzonek. Appazi złapał go i odetchnął z ulgą.
Wtedy właśnie usiadł mu na ramieniu mały ptaszek. Malarz nie miał pojęcia że to ten sam nicpoń, który wcześniej udekorował mu płaszcz. Z dotychczasowego kontekstu był już w stanie się zorientować, że to niziołka – która najwyraźniej, podobnie jak on, nie należała do fanów orczego maga – nakierowywała go, by szedł w stronę spichlerza. Dostrzegł, że zarówno ona, jak i chłopak – któremu, ku jego uldze, udało się przeżyć dziwaczne znaki Glifosa – idą w tamtą stronę. Wiedział, że na pewno nie chce zostać sam w okolicy orczego maga, więc dał się bez gadania pokierować ptaszynie.

Zarówno appazi jak i niziołka idąc w stronę spichlerza sami już też dostrzegali, że coś się tam rusza. Nagle Dahlien poczuła drganie ze swojej torby. Zajrzywszy do niej, zorientowała się, że Buhr, nadal nieprzytomny, ma drgawki i cały się trzęsie.

Keegan, najbliżej spichlerza z całej trójki, był już w stanie powoli dostrzec, co się przed nimi majaczy. Widział przed sobą coś w rodzaju wiru. Kiedy przyjrzał się bardziej, dostrzegł ciałka szczurów, wirujące i posplatane. Słyszał kiedyś o czymś takim: wielkim szczurze powstałym z całej gromady małych, splecionych w jeden organizm. Monstrum rzekomo miało chować się w kanałach i polować na niegrzeczne dzieci które bawią się w ich okolicach. Choć większość Nimnarejczyków zbywało tę historię jako bajkę, Keegan nie mógł teraz pozbyć się tego skojarzenia.
Wiatr począł wiać całej trójce prosto w oczy. Byli już w okolicy spichlerza, ale wir sunął w ich stronę. Nagle, Keegan usłyszał potężny, dudniący głos w swojej czaszce:
- UFASZ NAM?

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość